Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Opowiadania Kilgore Trouta
Opowiadania z "Recydywisty"
Przekład: Jolanta Kozak

Przypomina mi się w związku z tym pewne opowiadanie, które napisał dr Robert Fender, mój przyjaciel z więzienia. Było to opowiadanie o planecie, na której najgorszą zbrodnią jest niewdzięczność. Co chwila skazywano kogoś na śmierć za brak należytej wdzięczności. Egzekucje odbywały się przez defenestrację, czyli wypchnięcie z okna na dużej wysokości.

Bohater opowiadania Fendera też zostaje w końcu wypchnięty przez okno za niewdzięczność. Jego ostatnie słowa, kiedy szybuje w dół z wysokości trzydziestego piętra, brzmią: "Sto-krot-ne-dzieeeeeeeeęki!"


Od czasu tamtej rozmowy zdołał zamieścić i mnie, i moją opowieść w nowelce fantastyczno-naukowej, która, wyznaję to z dumą, w tym miesiącu ukaze się w "Playboyu", piśmie korporacji RAMJAC. Autorem jest, dla niepoznaki, Frank X. Barlow. Bohater opowiadania, były sędzia z planety Vicuna, oddalonej o dwie i pół galaktyki od Ziemi, musiał opuścić swe ciało i dusza jego błądzi w kosmosie w poszukiwaniu planety, na, której dałoby się zamieszkać, no i nowego ciała. Sędzia stwierdza, że życie we wszechświecie praktycznie nie istnieje, w końcu jednak trafia na Ziemię i od razu ląduje na parkingu rezerwistów Bazy Sił Powietrznych Finleter, trzydzieści pięć mil od Atlanty, Georgia. Jest w stanie opanować dowolne ciało, wchodząc do niego przez ucho, i w tym ciele następnie podrożuje po świecie. Ma ochotę na ciało, które by mu zapewniło godziwe życie towarzyskie. Z opowiadania wynika, że dusza bez ciała nie ma szans na życie towarzyskie gdyż jest niewidzialna, a ponadto nie może nikogo dotknąć ani wydawać odgłosów.

Sędziemu wydaje się, że w każdej chwili będzie mógł opuścić wybrane ciało, jeżeli uzna je, lub jego sposób życia, za niedogodne. Nie ma zielonego pojęcia, że składy chemiczne Ziemian i Vicunian mają się do siebie tak, iż wejście w dowolne ciało oznacza utknięcie w nim na zawsze. Opowiadanie zawiera rozprawkę o znanych dawniej na Ziemi klejach i klajstrach, z której to rozprawki wynika, że nie ma trwalszego spoiwa nad to, dzięki któremu dojrzałe skorupiaki przywierają do głazów, burt łodzi, falochronów i czego tam jeszcze.

"Jako bardzo młode osobniki - pisze doktor Fender pod postacią Franka X. Barlowa - skorupiaki mogą swobodnie dryfować lub czołgać się gdzie dusza zapragnie, po całych siedmiu morzach i po słonawych ujściach rzek. Górna część ciała skorupiaka uzbrojona jest w pancerzyk w kształcie szyszki. Jego łapki dyndają spod tej szyszki jak serduszka srebrnych dzwoneczków.

Przychodzi jednak kres dzieciństwa i krawędź szyszki zaczyna wydzielać lep, za sprawą którego stworzenie przylepia się do pierwszej napotkanej rzeczy. Tak więc, jeżeli na Ziemi powie się dorastającemu skorupiakowi lub bezdomnej duszy z planety Vicuna: Klapnij sobie, przyjacielu - nie będzie w tym nic z grzecznościowej odżywki".

Sędzia z Vicuny informuje nas w tym opowiadaniu, jak w języku mieszkańców jego ojczystej planety brzmiały zwroty: "cześć", "do widzenia", "proszę", a także "dziękuję". Wszystkie one brzmiały jednakowo: "ting-a-ling". Sędzia mówi też, że u nich na Vicunie ludzie mogli zakładać i zajmować ciała, tak jak Ziemianie zmieniają stroje. Po opuszczeniu ciała Vicunianin staje się przezroczystą, pozbawioną wagi, niemą świadomością i wrażliwością. Na Vicunie nie znano instrumentów muzycznych, gdyż mieszkańcy planety, dryfujący bezcieleśnie w powietrzu, sami stawali się muzyką. Klarnety, harfy, fortepiany, i tak dalej, byłyby tam absolutnie zbędne, stanowiąc maszynerię do wytwarzania nieudolnych imitacji lotnych dusz.

Tylko że, mówi sędzia, na Vicunie wyczerpał zapas czasu. Tragedia planety polegała na tym, że uczeni wynaleźli metodę na uzyskiwanie czasu z gleby, mórz i atmosfery. Czasu używano do ogrzewania domów, napędzania łodzi motorowych, nawożenia pól; jedzono czas, szyto z niego ubrania, i tak dalej. Do każdego posiłku dodawano porcję czasu; czasem karmiono zwierzęta domowe - a wszystko tylko po to, by zademonstrować, jak bogaci i sprytni są mieszkańcy Vicuny. Olbrzymie kęsy czasu wietrzały w przepełnionych pojemnikach na śmiecie.
- Na Vicunie - mówi sędzia - żyło się tak, jakby nie było jutra.

Najgorsze, mówi, były patriotyczne ogniska czasu Kiedy był malutki, rodzice podnosili go wysoko w górę, żeby mógł piszczeć i gaworzyć z uciechy patrząc, jak milionami lat przyszłości podpala się znicz ku czci królowej w dniu jej urodzin. Gdy doszedł do pięćdziesiątki, pozostało już tylko parę tygodni czasu. W wielu miejscach rzeczywistości widniały pokaźne wyrwy. Z łatwością dawało się przechodzić przez ściany. Z prywatnej motorówki sędziego pozostało już tylko koło sterowe. Na wybiegach, gdzie bawiły się dzieci, powstawały dziury i dzieci w nie wpadały. W związku z tym wszyscy Vicunianie musieli bez gadania opuścić swoje ciała i poszybować w kosmos "Ting-a-ling", powiedzieli Vicunianie. - "Anomalie chronologiczne, burze grawitacyjne oraz magnetyczne trąby powietrzne - czytamy dalej w opowiadaniu - porozbijały w kosmosie rodziny Vicunian, rozpraszając członków rodzin na wszystkie strony".

Sędziemu udaje się przez pewien czas dotrzymywać towarzystwa swej pięknej niegdyś córce. Córka nie jest już, naturalnie, piękna, gdyż w ogóle nie ma ciała. W końcu traci i serce do całej sprawy, zrażona absolutną martwotą wszystkich kolejnych planet i księżyców, na jakie trafiają. Ojciec, który nie ma jak zainterweniować, bezradnie patrzy, jak córka wchodzi w szczelinę skały i staje się jej duszą. Dzieje się to, jak na ironię, na księżycu Ziemi. Planeta, na której roi się od życia, znajduje się w odległości głupich dwustu trzydziestu dziewięciu tysięcy mil!

Zanim sędzia wyląduje w końcu na terenie Bazy Sił Powietrznych, trafia na stado sępów. Krąży z nimi i lata, w końcu o mało nie wchodzi jednemu do ucha. Z tego, co wie o stosunkach społecznych na Ziemi, napotkani mięsożercy mogą być przedstawicielami klasy rządzącej.

Stwierdza, że tryb życia w sercu Bazy Sił Powietrznych nie odpowiada mu jako zbyt nerwowy i mało refleksyjny, toteż z powrotem unosi się w powietrze i dostrzega znacznie spokojniejsze skupisko budynków, które w końcu uznaje za centrum medytacji filozoficznej. Nie potrafi rozpoznać w nim poprawczaka dla kryminalistów w białych kołnierzykach, gdyż na Vicunie w ogóle nie znano tego typu instytucji.

U nich na Vicunie, mówi, skazańcom w białych kołnierzykach i defraudantom zaufania społecznego korkowano uszy, żeby ich dusze nie mogły wydostać się na zewnątrz. Ciała ich umieszczano następnie w sztucznej sadzawce wypełnionej ekskrementami. Po szyję. A potem zastępcy szeryfa jeździli im tuż przed nosem na wyścigowych motorówkach.

Sędzia mówi, że osobiście skazał na tę karę setkę ludzi, przy czym skazani, wszyscy bez wyjątku, próbowali przekonać sąd, że wcale nie złamali prawa, lecz najwyżej pogwałcili jego ducha, a i to tylko troszeczkę. Przed ogłoszeniem wyroku, sędzia nakładał na głowę rodzaj nocnika, aby słowa jego brzmiały bardziej donośnie i złowieszczo, po czym wygłaszał następującą formułkę:
- Tym razem, chłopaki, nie skończy się na duchu prawa. Tym razem będzie i ciało, i dusza.

Równocześnie, jeśli wierzyć sędziemu, usłyszeć można było, jak zastępcy szeryfa rozgrzewają silniki ślizgaczy na sadzawce przed gmachem sądu brrrrrum-huh, brrrrrum-huh, wur-wur-wur-wur-wruuuuuuuuuuuuuuuuuuuuum!

Sędzia z opowiadania dra Boba Fendera próbuje odgadnąć, który z filozofów w ośrodku medytacji osiągnął najwyższą mądrość i spokój ducha. Decyduje się na cherlawego staruszka, siedzącego na pryczy sypialni na drugim piętrze. Widać, że staruszka raz po raz tak bardzo radują własne myśli, że aż po trzykroć klaszcze w dłonie.

Wobec tego sędzia wlatuje staruszkowi przez ucho i natychmiast przywiera doń na zawsze, przywiera, jak to zostało ujęte w opowiadaniu, "szczelnie, niczym fornir do powierzchni powleczonej żywicą epoksydową". I cóż takiego usłyszy sędzia w głowie mikrego staruszka? Słyszy, oczywiście, co następuje:

Sally w ogródeczku
Węgiel przebierała.
Wtem zadarła nogę - hop!
I pierdnęła niczym chłop...

I tak dalej.


Spało się, zamiast wcisnąć guzik

W tym miejscu uraczyłem się wspomnieniem opowiadania wymyślonego przez doktora Roberta Fendera, przyjaciela z więzienia, które opublikował on pod pseudonimem "Kilgore Trout". Opowiadanie nosiło tytuł Spało się, zamiast wcisnąć guzik.

Akcja toczyła się w wielkim, pełnym komputerów, centrum recepcyjnym przed Perłowymi Bramami nieba, gdzie tłoczyli się byli dyplomowani księgowi, doradcy inwestycyjni i kierownicy przedsiębiorstw z planety Ziemia. Żeby się dostać do nieba, każdy musiał przejść szczegółowe przesłuchanie, w rezultacie którego ustalano, jak dalece wykorzystał wszystkie okazje w interesach, które Bóg, za pośrednictwem swych aniołów, podsuwał mu na Ziemi. Od rana do wieczora we wszystkich kantorkach rozbrzmiewała formułka, którą eksperci znużonym głosem raczyli tych, co przegapili swoje okazje: "I znowu się spało, zamiast wcisnąć guzik".
[...]

Spało się... było w pewnym sensie opowiadana obrazoburczym. Główny bohater, duch Alberta Einsteina, był tak obojętny na kwestie dobrobytu, że ledwo słuchał, co mu miał do powiedzenia niebieski ekspert. Ekspert plótł jakieś banialuki o tym, jak to Einstein mógł zostać miliarderem, gdyby tylko załatwił sobie drugą hipotekę na dom w Bemie, Szwajcaria, w roku Tysiąc Dziewięćset Piątym, inwestując jednocześnie w stwierdzone pokłady uranu, zanim obwieścił światu, że E = Mc2.
- No tak, ale znowu się spało, zamiast wcisnąć guzik - skarcił go prowadzący przesłuchanie.
- Ma pan rację - przyznał grzecznie Einstein. Często mi się to zdarzało.
- Sam pan widzi - mówił prowadzący przesłuchanie - że życie obeszło się z panem uczciwie. Oferowało panu nader liczne okazje. Czy pan z nich korzystał, czy nie - to już całkiem inna sprawa.
- Tak, teraz to doceniam - rzekł Einstein.
- Czy zechciałby pan to powtórzyć własnymi słowami? - zapytał prowadzący przesłuchanie.
- Co powtórzyć?
- Że życie obeszło się z panem uczciwie.
- Życie obeszło się ze mną uczciwie - powiedział Einstein.
- Jeśli w głębi duszy nie jest pan o tym przekonany - ciągnął prowadzący przesłuchanie - mogę przedstawić dalsze przykłady. Zapomnijmy na chwilę o energii atomowej. Gdyby pracując w Instytucie Badań Zaawansowanych w Princeton wycofał pan swój wkład banku i zainwestował go, począwszy od roku Tysiąc Dziewięćset Piątego, powiedzmy w IBM, Polaroid i Xerox - nawet jeżeli pozostało panu wówczas zaledwie pięć lat życia - to... - W tym miejscu prowadzący przesłuchanie znacząco uniósł brwi, co miało być dla Einsteina zachętą do popisania się, jaki umie być bystry - To stałbym się bogatym człowiekiem - zgadł Einstein.
- Powiedzmy: "nieźle sytuowanym" - potwierdził ekspert aksamitnym głosem. - Ale cóż, znowu się spało... - tu jego brwi raz jeszcze powędrowały w górę.
- Zamiast wcisnąć guzik? - dokończył Einstein z nadzieją w głosie;
Prowadzący przesłuchanie wstał i wyciągnął dłoń, którą Einstein uścisnął bez entuzjazmu.
- Sam pan widzi, doktorze Einstein - rzekł - że nie możemy mieć o wszystko pretensji do Pana Boga, prawda? - Wręczył Einsteinowi przepustkę uprawniającą do przekroczenia Perłowych Bram. - Serdecznie witam na naszym pokładzie.

I tak Albert Einstein wkroczył do nieba, z ukochanymi skrzypcami pod pachą. Zapomniał o przesłuchaniu. Jako weteran licznych przejść granicznych, przyzwyczajony był do bezsensownych pytań i odpowiedzi, składania pustych obietnic i podpisywania nic nie znaczących dokumentów.

Jednak znalazłszy się w niebie, na każdym kroku natykał się na duchy ludzi szczerze cierpiących z racji tego, co uświadomiło im przesłuchanie. Pewien tandem mąż-żona, który, straciwszy wszystko na kurzej farmie w New Hampshire, popełnił podwójne samobójstwo, dowiedział się od prowadzącego przesłuchanie, iż pod farmą tkwiły największe na świecie złoża niklu.
Czternastolatkowi z Harlemu, zabitemu w bójce chuligańskiej, powiedziano, że na dnie studzienki ściekowej, którą codziennie mijał, leżał całymi tygodniami pierścionek z dwukaratowym brylantem. Kamień był bez skazy, o zagubieniu klejnotu nikt nie meldował. Gdyby chlopak sprzedał go choćby za jedną dziesiątą rzeczywistej wartości - powiedzmy, jak oszacował ekspert, za czterysta dolarów - i zacząć działać w handlu artykułami spożywczymi na zamówienie - czyli podówczas zwłaszcza w kakao, mógł przeprowadzić się wraz z matką i siostrą w rejony Park Avenue i podjąć naukę w Endover a następnie na Harvardzie.

Znowu ten Harward.

Wszystkie relacje z przesłuchań, które zbierał Einstein, pochodziły od Amerykanów. Einstein osiedlił się z wyboru w amerykańskiej części nieba. Jako Żyd żywił naturalnie mieszane uczucia do Europejczyków. Lecz przesłuchiwano przecież nie tylko Amerykanów. Pakistańczycy, Pigmeje z Filipin, nawet komuniści - wszyscy musieli przejść przez to samo.

Znamienne, że Einsteina oburzył przede wszystkim matematyczny aspekt systemu, za który prowadzący przesłuchanie żądali od ludzi tak ogromnej wdzięczności. Wyliczył, że gdyby każdy człowiek na Ziemi wykorzystał w pełni wszystkie okazje zarobienia pieniędzy, stając się milionerem, miliarderem i tak dalej, to wartość dóbr papierowych na tej małej planecie przekroczyłaby wartość wszystkich dobr naturalnych wszechświata w ciągu nie więcej niż trzech miesięcy. Co więcej: nie byłoby komu pracować użytecznie.

Wobec tego Einstein napisał do Pana Boga, żal dając, że pan Bóg nie ma pojęcia, jaki kit wciskają ludziom do głowy jego eksperci od przestuchań. Ich to, a nie Pana Boga, oskarżał Einstein w liście o okrutne oszukiwanie nowo przybyłych w kwestii okazji, jakie przegapili na Ziemi. Usiłował rozszyfrować motywy działania ekspertów, dopuszczając możliwość, że są to po prostu sadyści.

Opowiadanie kończyło się zaskakująco gwałtownie. Einstein nie został dopuszczony do Pana Boga Pan Bóg przysłał jednak do niego archanioła, ktory aż się pienił ze złości. Archanioł postraszył Einsteina, że jeśli nie przestanie krzewić wśród duchów braku szacunku dla ekspertów, odbierze mu się na wieki ukochane skrzypki. Więc Einstein przestał z kimkolwiek dyskutować na temat ekspertów. Nic nie było dla niego ważniejsze niż skrzypce.

Opowiadanie było niewątpliwie policzkiem wymierzonym Panu Bogu, skoro sugerowało, że posługuje się on tanim kamuflażem w postaci ekspertów, celem wywinięcia się od odpowiedzialności za trudności ekonomiczne na Ziemi.

Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.
Strona Główna   Powrót