Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Opowiadania Kilgore Trouta
Opowiadania ze "Śniadania Mistrzów"
Przekład: Lech Jęczmyk

Spis treści


Pangalaktyczny namiestnik (Doustne szaleństwo)

Napisał na przykład powieść o Ziemianinie nazwiskiem Delmore Skag, starym kawalerze zamieszkałym w sąsiedztwie samych wielodzietnych rodzin. Skag był uczonym i znalazł sposób na rozmnażanie się w rosole z kury. Ścinał żywe komórki z prawej dłoni, wrzucał do rosołu i poddawał działaniu promieni kosmicznych. Z komórek powstawały dzieci podobne do Delmore'a Skaga jak dwie krople wody.
Wkrótce Delmore miał po kilkoro dzieci dziennie i zapraszał sąsiadów, aby podzielić się z nimi swoją dumą i radością. Urządzał chrzciny po sto dzieci naraz i zasłynął jako wzorowy ojciec. I tak dalej. Skag miał nadzieję, że zmusi swój kraj do wprowadzenia przepisów skierowanych przeciwko zbyt licznym rodzinom, lecz ustawodawcy i sędziowie nie chcieli spojrzeć prawdzie w oczy. Zamiast tego wydali drakońskie przepisy zabraniające ludziom samotnym posiadania rosołu z kury.
I tak dalej.


Plaga na kółkach

[...] była to książka o życiu na umierającej planecie Lingo-3, której mieszkańcy przypominali amerykańskie samochody. Mieli koła i silniki spalinowe. Odżywiali się kopalnym paliwem. Nie byli jednak produkowani, rozmnażali się sami. Składali jaja z małymi samochodzikami w środku i dzieci dorastały w kałużach benzyny wyssanej z karterów dorosłych.
Lingo-3 odwiedzili kosmiczni wędrowcy i dowiedzieli się, że jej mieszkańcy wymierają. Dlaczego? Po-nieważ wyniszczyli zasoby planety włącznie z atmosferą. Wędrowcy z kosmosu nie bardzo mogli udzielić im pomocy materialnej. Samochodopodobne istoty miały nadzieję, że goście pożyczą im trochę tlenu i zabiorą przynajmniej jedno z ich jajek na inną planetę, gdzie mogłoby się wylęgnąć i od nowa dać początek cywilizacji samochodowej. Najmniejsze jajo ważyło jednak czterdzieści osiem funtów, a kosmiczni wędrowcy mieli jeden cal wzrostu i cały ich statek był mniejszy niż ziemskie pudełko na buty. Pochodzili z planety Zeltoldimar.
Reprezentujący Zeltoldimarańczyków Kago powiedział, że jedyne, co mogą zrobić, to opowiedzieć innym istotom we wszechświecie o tym, jak piękne były samochodopodobne istoty. Oto co powiedział do tych wszystkich rdzewiejących gratów, którym kończyła się benzyna:
- Zginiecie, ale pamięć o was będzie żyła wiecznie.
W tym miejscu następowała w książce ilustracja, na której dwie Chinki, wyglądające na bliźniaczki jednojajowe, siedziały na kanapie z szeroko rozłożonymi nogami.

Tak więc Kago i jego dzielna mała zeltoldimarańska załoga, złożona z samych homoseksualistów, przemierzali wszechświat, podtrzymując pamięć o samochodopodobnych. Wreszcie trafili i na Ziemię. Kago w swej naiwności opowiedział Ziemianom o samochodach. Nie wiedział, że pewne idee są dla ludzi równie niebezpieczne, jak dżuma lub cholera. Na Ziemi nie było odporności na zwariowane pomysły.
A oto dlaczego, według Trouta, istoty ludzkie nie potrafiły odrzucać fałszywych poglądów:
"Na Ziemi poglądy były znakami rozpoznawczymi przyjaciół i wrogów. Ich treść nie miała znaczenia. Przyjaciele zgadzali się z przyjaciółmi, aby dać wyraz swojej przyjaźni. Wrogowie nie zgadzali się z wrogami, aby dać wyraz swej wrogości. Przez setki tysięcy lat poglądy Ziemian nie miały większego znaczenia, jako że i tak nie można ich było zrealizować. Mogły służyć za znaki rozpoznawcze równie dobrze jak wszystko inne.
Istniało nawet porzekadło o daremności idei: Gdyby życzenia były końmi, żebracy nie chodziliby na piechotę.
A potem Ziemianie wynaleźli narzędzia i zgadzanie się z przyjaciółmi mogło stać się formą samobójstwa albo jeszcze gorzej. Mimo to ludzie nadal zgadzali się, kierując się nie rozsądkiem, przyzwoitością czy instynktem samozachowawczym, lecz przyjaźnią.
Ziemianie nadal kierowali się przyjaźnią zamiast myśleć. I nawet kiedy zbudowali komputery, żeby prze-jęły od nich część myślenia, projektowali je z myślą nie tyle o mądrości, co o przyjaźni. Byli więc skazani na zagładę. Opętani samobójczą manią żebracy mogli dosiąść koni."
W sto lat po przybyciu małego Kago na Ziemię, według powieści Trouta, wszelkie formy życia na tej spokojnej ongiś, wilgotnej i żyznej błękitno-zielonej kuli umierały lub były już martwe. Wszędzie leżały pancerze wielkich żuków, które ludzie produkowali i otaczali czcią. Były to samochody. To one zabiły wszystko.
Sam mały Kago zginął na długo przed śmiercią planety. W pewnym barze w Detroit usiłował wygłosić odczyt o szkodliwości samochodów, ale był tak mały, że nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Położył się na chwilkę, aby odpocząć, i pewien robotnik z fabryki samochodów wziął go po pijanemu za zapałkę. Zamordował Kago pocierając raz po raz jego główką o spodnią stronę baru.


Tańczący błazen

Co do samego opowiadania, to nosiło tytuł Tańczący błazen. Podobnie jak wiele utworów Trouta, mówiło o tragicznej niemożności porozumienia się.
Oto jego fabuła: Niejaki Zog przybywa na Ziemię latającym talerzem, by powiedzieć, jak zapobiegać wojnom i leczyć raka. Przywozi te wiadomości z planety Margo, której mieszkańcy porozumiewają się za pomocą pierdnięć i stepowania. Zog wylądował nocą w stanie Connecticut i zobaczył dom w płomieniach. Wpadł do domu popierdując i przytupując, żeby ostrzec ludzi o straszliwym niebez-pieczeństwie. Pan domu roztrzaskał mu głowę kijem golfowym.


(???)

[...] Siedząc tam, Trout wymyślił nowa powieść. Jej bohaterem był ziemski astronauta, przybywający na planetę, gdzie wskutek zatrucia środowiska wyginęły wszystkie formy życia roślinnego i zwierzęcego poza istotami człekopodobnymi. Ci humanoidzi odżywiali sie produktami uzyskiwanymi z węgla i ropy naftowej.
Urządzono przyjęcie na cześć astronauty, który nazywał się Don. Jedzenie było okropne. Rozmowy toczyły się głównie wokół cenzury. W miastach namnożyło się kin wyświetlających wyłącznie filmy pornograficzne. Humanoidzi zastanawiali się, jak uporać się z ta plagą, nie naruszając wolności słowa.
Spytali Dona, czy problem pornografii istnieje równiez na Ziemi, i Don Odpowiedział, że tak. Spytali go, czy ziemskie filmy są bardzo świńskie.
- Sa takie świńskie, że już bardziej nie mozna - odpowiedział Don.
Humanoidzi potraktowali to jako wyzwanie, gdyz uważali, że ich filmy pornograficzne nie maja sobie równych. w rezultacie wszyscy wcisnęli się do poduszkowców i popłyneli do centrum obejrzeć film pornograficzny.
Trafili akurat na przerwę w seansach, więc Don miał czas zastanowić się, co może być bardziej świńskiego od tego, co widział na Ziemi. Poczuł podniecenie płciowe, zanim jeszcze zgasło światło. Kobiety z jego towarzystwa tez kręciły się niespokojnie.
Wreszcie na sali zgaszono światło i rozchyliła się kurtyna. Początkowo nie było obrazu, tylko z głośnika rozległy się jęki i mlaskanie. Potem pojawił się obraz. Był to wysokiej klasy film o męskim humanoidzie jedzącym coś w rodzaju gruszki. Kiedy ostatni kawałek znikł w jego oślinionych wargach, kamera skoncentrowała się na grdyce, która drgnęła nieprzyzwoicie. Beknął z satysfakcją i na ekranie ukazało się, oczywiście w języku planety słowo

KONIEC

Wszystko to była gra, oczywiście. Na planecie nie rosły żadne gruszki. Zresztą jedzenie gruszki nie stanowiło głównej atrakcji wieczoru. Była to tylko krótkometrażówka wyswietlana w czasie zajmowania miejsc.
Głowny film rozpoczął się później. występowali w nim mężczyzna, kobieta, dwoje dzieci oraz pies i kot. Jedli systematycznie przez półtorej godziny: zupę, mięso, biszkopty, masło, jarzyny, tłuczone kartofle i kaszę, owoce, cukierki, ciasto i tort. Kamera rzadko odjeżdżała dalej niż na stopę od ociekających sliną warg i chodzących grdyk. A potem ojciec posadził kota i psa, żeby tez mogły wziąć udział w orgii.
Po jakims czasie aktorzy nie mogli już więcej jeść. Byli tak opchani, że oczy im wychodziły z orbit. Ledwo się ruszali. Mówili, że chyba przez tydzień nie będą mogli patrzeć na jedzenie i różne takie rzeczy. Potem wolno sprzątnęli ze stołu, zataczając się poszli do kuchni i wyrzucili ze trzydzieści funtów resztek do kubła.
Widownia szalała z zachwytu.

Kiedy Don i jego znajomi wychodzili z kina, nagabywały ich humanoidalne prostytutki, proponując jajka, pomarańcze, mleko, masło i fistaszki. Oczywiście nie mogły naprawdę dostarczyć tych rzeczy.
Humanoidzi wyjasnili Donowi, że gdyby poszedł do prostytutki, to przyrządziłaby mu za słoną cenę posiłek z syntetycznych produktów.
A potem podniecałaby go w czasie posiłku, opowiadając, jak świeże i soczyste jest to, co jedzą, chociaż wszystko byłoby tylko imitacją.


Gilongo

[...] Była to rzecz o planecie na której życie obrzydzała zbyt bujna przyroda
Opowiadanie zaczynał się od wielkiego przyjęcia na cześć człowieka, który doszczętnie wytępił gatunek milutkich niedźwiadków panda. Poświęcił temu celowi całe swoje życie. Zrobiono na to przyjęcie specjalne talerze i goście mogli je zabrac do domu na pamiątkę. Na każdym talerzu był obrazek niedżwiadka i data. Pod obrazkiem widniało słowo:

GILGONGO

W języku planety znaczyło to: "Wytępiony!"

Ludzie cieszyli się, że niedźwiadki są gilgongo, poniewąż na planecie żyło już i tak za dużo gatunków zwierząt, a nowych przybywało niemal z godziny na godzinę. Nie sposób było przygotować się na ewentualne spotkanie z zadziwiającą różnorodnością zwierząt i roślin.
Ludzie wszelkimi siłami starali się ograniczyć ilość gatunków, a co za tym idzie zmniejszyć niepewność egzystencji. Ale przyroda była dla nich zbyt twórcza. Planeta udusiła się wreszcie pod żywą kołdrą grubości stu stóp. Kołdra ta składała się z wędrownych gołębi, orłów, bielików bermudzkich i żurawi olbrzymich.


Tegoroczne arcydzieło

Planeta, na której działa się książka Trouta, nazywała się Bagnialto, barring-gaffner zaś był to urzędnik państwowy puszczający w ruch raz w roku koło fortuny. Obywatele oddawali rządowi swoje dzieła sztuki, które otrzymywały numery, a potem wyznaczano im ceny zgodnie ze wskazaniami ruletki.
Bohaterem tej opowieści nie był barring-gaffner, lecz skromny drukarz nazwiskiem Gooz. Gooz pędził samotny żywot i namalował portret swojego kota. Był to jego jedyny obraz. Zaniósł go do barring-gaffnera, który opatrzył go numerem i schował do magazynu zatłoczonego dziełami sztuki.
Obraz Gooza miał bezprecedensowe szczęście w losowaniu. Stał się wart osiemnaście tysięcy lambos, co odpowiada miliardowi dolarów na Ziemi. Barring-gaffner wręczył Goozowi czek na powyższą sumę, z czego większość zagarnął natychmiast poborca podatkowy. Obraz wystawiono na honorowym miejscu w galerii Narodowej i ludzie czekali w kilometrowych kolejkach na szansę obejrzenia obrazu wartości miliarda dolarów.
Rozpalono również wielkie ognisko ze wszystkich obrazów, posągów i książek i tak dalej, które ruletka uznała za bezwartościowe. I wówczas wykryto, że losowanie było sfałszowane, i barring-gaffner popełnił samobójstwo.


Syn Jimmy Valentine'a

Kilgore Trout napisał kiedyś nowelę o znaczeniu łechtaczki w pieszczotach. Była to odpowiedź na sugestię jego drugiej żony, Darleny, że mógłby zrobić majątek na świńskiej książce. Powiedziała mu, że bohater powinien tak dobrze rozumieć kobiety, żeby żadna nie potrafiła mu się oprzeć. Tak powstała nowela Syn Jimmy Valentine'a.
Jimmy Valentine był słynną wymyśloną postacią w książce innego pisarza, tak jak Kilgore Trout jest słynną wymyśloną postacią w moich książkach. Jimmy Valentine w książkach tego innego pisarza ścierał poduszeczki palców papierem ściernym, żeby uzyskać większą wrażliwość. Był włamywaczem. Miał tak wyczulony dotyk, że mógł otworzyć każdą kasę pancerną na świecie wyczuwając ruch zapadek.
Kilgore Trout wymyślił jego syna imieniem Raiston Yalentine. On również ścierał sobie poduszeczki palców, ale nic był włamywaczem. Raiston był mistrzem w dotykaniu kobiet tak, jak one to lubią, i dziesiątki tysięcy kobiet zostało jego dobrowolnymi niewolnicami. Porzucały dla niego mężów i kochanków i w noweli Trouta, dzięki głosom kobiet, wybrano Raistona Valentine'a prezydentem Stanów Zjednoczonych.


Teraz można to ujawnić

[...] Trout poczuł potrzebę przejrzenia własnej książki Teraz można to ujawnić. Ta właśnie książka miała wkrótce zmienić Hoovera w niebezpiecznego szaleńca.
Założenie książki było następujące: życie jest eksperymentem Stwórcy Wszechświata, który chciał wypróbować nowy rodzaj istot, zanim wprowadzi takie do wszechświata. Istota owa miała zdolność dokonywania wyboru. Wszystkie inne istoty były całkowicie zaprogramowanymi robotami.
Powieść miała formę długiego listu Stwórcy Wszechświata do tej eksperymentalnej istoty. Stwórca gratulował istocie i przepraszał za wszystkie kłopoty, jakie ją spotkały. Zapraszał ją też na bankiet na jej cześć w Sali Empirowej hotelu Waldorf Astpria w Nowym Jorku, gdzie miał śpiewać i tańczyć czarny robot nazwiskiem Sammy Davis junior.
Eksperymentalna istota nie została zabita po bankiecie, tylko przeniesiona na dziewiczą planetę. W stanie narkozy pobrano żywe komórki z jej dłoni. Operacja była całkowicie bezbolesna.
Następnie komórki zostały wrzucone do zawiesistego morza na tej dziewiczej planecie. W miarę upływu epok miały ewoluować ku coraz bardziej złożonym formom. Niezależnie od kształtów, jakie przybiorą, zawsze miały posiadać wolną wolę. Trout nie dał eksperymentalnej istocie imienia własnego. Nazwał ją po prostu Człowiekiem.
Na dziewiczej planecie Człowiek został Adamem, a morze Ewą.
Człowiek często przechadzał się nad morzem. Czasami brodził w swojej Ewie. a czasem w niej pływał, ale była zbyt gęsta na ożywczą kąpiel. Adam czuł się po niej senny i lepki, więc nurkował w lodowatym potoku, który spadał prosto z gór. Wrzeszczał wskakując do lodowatej wody, wrzeszczał po raz drugi wypływając na powierzchnię. Obijał sobie do krwi piszczele i śmiał się z tego wychodząc po skałach z wody.
Dyszał ciężko i znowu śmiał się i myślał, że warto by krzyknąć coś zadziwiającego. Stwórca nigdy nie wiedział, co Człowiek wrzaśnie, bo nie miał nad nim żadnej kontroli. Człowiek sam musiał decydować, co zrobi i dlaczego. Pewnego dnia po kąpieli wrzasnął na przykład: - Ser!
Innym razem krzyknął:
- Czy nie wolałbyś prowadzić Buicka?
Jedynym dużym zwierzęciem poza Człowiekiem był na tej dziewiczej planecie anioł, który czasem odwiedzał Człowieka. Pełnił rolę kontrolera i posłańca Stwórcy Wszechświata. Przybierał postać ośmiusetfuntowego niedźwiedzią cynamonowego płci męskiej. Według Trouta był on również robotem, podobnie jak i Stwórca Wszechświata. Niedźwiedź starał się ustalić, dlaczego Człowiek robi to, co robi. Pytał na przykład:
- Dlaczego krzyknąłeś: "Ser"?
A Człowiek odpowiadał przedrzeźniając go:
- Bo mi się tak podobało, ty głupi automacie.
Oto jak wyglądał nagrobek Człowieka na dziewiczej planecie na końcu książki Trouta:

nagrobek


(???)

Kilgore Trout napisał kiedys opowiadania w formie rozmowy między dwoma drożdżami. Spożywając cukier i dusząc się we własnych ekskrementach dyskutowały nad celem życia. Z powodu swej ograniczonej inteligencji nigdy nie wpadły na to, że robią szampana.


Mądry królik

[...] Jej głównym bohaterem był królik, który żył, jak wszystkie dzikie króliki, ale inteligencją dorównywał Albertowi Einsteinowi lub Wiliamowi Szekspirowi. Była to właśnie królica - jedyna przedstawicielka płci żeńskiej wśród głównych bohaterów twórczości Trouta.
Mimo swego rozdętego intelektu prowadziła zycie normalnej królicy i doszła do wniosku, że jej umysł jest bezużyteczny, że to jakaś narośl nie mająca zastosowania w świecie królików.
Pokicała więc do miasta, żeby sobie tę narośl zoperować. Jednak zanim tam dotarła, zastrzelił ją myśliwy nazwiskiem Dudley Farrow. Farrow obdarł ją ze skóry i wypatroszył, potem jednak postanowili wraz z żoną Grace nie jeść tej królicy ze względu na jej nieproporcjonalnie wielka głowę. Pomyśleli to samo co ona, kiedy jeszcze żyła: że to musi byc choroba.
I tak dalej.



Pangalaktyczny Bank Informacji

W jego powieści pod tytułemPangalaktyczny Bank Informacji bohater znajduje się na statku kosmicznym długości dwustu mil, o średnicy sześćdziesięciu dwóch mil. Wypożycza sobie realistyczną powieść z biblioteki dzielnicowej i po przeczytaniu około sześćdziesięciu stron odnosi ją z powrotem.
Bibliotekarka pyta, dlaczego ta książka mu się nie podobała, na co on odpowiada:
- Czytałem już o ludziach.
I tak dalej.

Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.
Strona Główna   Powrót