Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Każdego dnia myślę o seksie
Wywiad zamieszczony w miesięczniku "Świat"

Niedawno złożył pan deklarację że nowa książka, "Trzęsienie czasu", kolejna spośród innych, ma być ostatnią. Mówił to pan poważnie?
A dlaczego nie? Mam 75 lat. Mój ojciec zmarł w wieku 72 lat. Naprawdę nie mogę się skarżyć. No i przecież wciąż Ameryka kupuje moje książki. Nadal żyje mi się bardzo dobrze.

Krytycy amerykańscy pochwalili "Trzęsienie czasu" jako "mieszaninę fikcji z autobiografią". A jak pan mógłby ją scharakteryzować?
Trafna ocena. Moją książkę - tak jak i wszystkie inne przedtem - napisałem bez jakichkolwiek zahamowań. Po prostu mówię bez ograniczeń. W gruncie rzeczy "Trzęsienie czasu" jest ostatnim rozdziałem tej całości, którą stanowią wszystkie moje książki. Toteż temu, kto wcześniej niczego mojego nie czytał, zapewne trudno się będzie do niej zabrać.

Przeżył pan, będąc w niemieckiej niewoli w 1945 roku, bombardowanie Drezna i napisał o tym swoją najsłynniejszą książkę "Rzeźnię nr 5". Na początku października jeszcze raz odwiedził pan to miasto. Co pana tam znowu pociągnęło?
Najprostsza rzecz w świecie: poprosił mnie o to mój niemiecki wydawca. Po 1945 roku wielokrotnie już odwiedzałem Niemcy. Bardzo zresztą ubolewam, że drezdeńska Frauenkirche (kościół Najświętszej Marii Panny) została zniszczona w czasie wojny. Zresztą dlatego powinno się ją pozostawić jako ruinę.

Jest pan przeciwko odbudowie ?
Jestem przeciw i przed laty posłałem nawet list protestacyjny do Drezna. Dla mnie ta ruina była rodzajem pomnika, przynależącego do wszystkich jako przypomnienie tej, nie do końca udanej, próby popełnienia przez zachodnią cywilizację samobójstwa.

Pańska książka "Rzeźnia nr 5 albo dziecięca krucjata" jest w gruncie rzeczy powieściowym esejem o niemożności napisani powieści, mówiącej o zbombardowaniu w 1945 roku Drezna. Czy ta książka ma wciąż jeszcze dla pana jakieś specjalne znaczenie ?
Od tej pory uchodzę za pisarza. Przedtem próbowano mnie wciąż zaszufladkować jako autora science fiction. A czy jest prawdą, że w niemieckich powieściach z trudnością da się odnaleźć opis bombardowania Drezna ?

Z nielicznymi wyjątkami - co prawdopodobnie ma związek z problemami przedstawienia, literackiego przekazu takiego zjawiska, jakie opisał Pan w "Rzeźni nr 5".
Ja też długo nie mogłem odnaleźć właściwych słów. Zostać zbombardowanym to wyjątkowo pasywna okoliczność. Co można wtedy zrobić? Być może jedyne, co pozostaje, to rozmowa z bombami. Nie ma się w zanadrzu niczego, z czego można by być dumnym.

Dlaczego opublikował pan "Rzeźnię nr 5" dopiero w 1969 roku?
Chciałem zaraz po wojnie napisać książkę o tym, co przeżyłem w Dreźnie. Ale wtedy byłem reporterem, niewiele było na ten temat rzeczy, które mógłbym przeczytać, by zdobyć jakieś dodatkowe informacje. Także i sam temat był dla mnie za wielki - jak i dla każdego innego. Nie znalazłem po prostu żadnego odpowiedniego chwytu. To przeżycie było zbyt straszne. I gdy potem udało mi się w końcu z "Rzeźnią nr 5", to przecież także i tam nie opisałem tego właściwego nalotu lotniczego.

Jak dzisiaj ocenia pan tamte powietrzne ataki?
Bombardowania Hamburga, Berlina czy Drezna były, z militarnego punktu widzenia, całkowicie bez sensu. W porównaniu z tym moi przyjaciele, którzy walczyli w oddziałach piechoty morskiej i mieli lądować w Japonii, dziękowali Bogu za bombę. Mój przyjaciel William Styron, autor "Wyboru Zofii", powiedział to nawet kiedyś potem publicznie w Japonii. Jeżeli bomba atomowa, zrzucona na Hiroszimę, mogła przyspieszyć zakończenie wojny, bądź co bądź miało to wtedy pewien sens. Ale Nagasaki to już zupełnie inna historia.

Czy była o tym kiedykolwiek jakaś publiczna debata w Ameryce?
Nie, zupełnie nie - nie patrząc oczywiście na tych, co i bez tego są zawsze przeciw wszystkiemu, przeciw wojnie w Wietnamie i przeciw zanieczyszczaniu środowiska. Wielu Amerykanów jest wprawdzie przekonanych i dzisiaj, że Japończycy tak czy owak skapitulowaliby w 1945. Są wzmianki, że Japonia już wtedy, od dawna, badała sytuację. Ale, mój Boże, piszemy to teraz, w roku 1998, a mówimy wciąż o tamtych starych historiach !

Właśnie wszedł na ekrany film Stevena Spielberga o tamtej inwazji...
...którego ja i tak na pewno nie będę oglądał. Czasami myślę, że przypatrywanie się tego rodzaju rzeczom, na które nie powinno się właściwie patrzeć, a więc ranom i śmierci - ma w sobie coś z oglądania pornografii. Nie pojmuję, dlaczego ludzie uważają to za podniecające. O "Rzeźni nr 5" niektórzy jeszcze i dzisiaj mówią, że nie jest męską książką. W ich oczach nie jest to prawdziwa wojenna literatura.

Kiedyś wystawił pan groteskowy rachunek, ile też przyniósł dochodu każdy z nieboszczyków z tej powieści o Dreźnie.
Mówiłem rzeczywiście, że jestem jedynym, komu zbombardowanie Drezna przyniosło zysk. Nie jest to łatwo oszacować, gdyż dane różnią się mocno między sobą. Jeśli jednak wyjść od 135 tysięcy trupów, to zarobiłbym wtedy od głowy coś pomiędzy 5 a 10 dolarów. W każdym razie musiałem wtedy sam nosić niektóre zwłoki.

Wyznaczono pana do wynoszeni zabitych podczas tamtych nalotów lotniczych wskutek tego, że w końcu 1944 roku dostał się pan w Ardenach do niemieckiej niewoli. Czy czasami dręczą jeszcze pana sny o tamtych czasach?
Już nie. Ale i wcześniej nie tyle śniłem o trupach, co o bombardowaniu. Zresztą bombardowały mnie prawie wszystkie siły powietrzne, tylko nie niemieckie. Przede wszystkim samoloty brytyjskie i amerykańskie, a po wyzwoleniu, gdy błąkaliśmy się po niemieckich drogach, polowały na nas zawzięcie sowieckie maszyny.

Czy wojna była najistotniejszym doświadczeniem w pański życiu ?
Nie. Tym była telewizja.

Dlaczego telewizja ?
Telewizja nie tylko dużo bardziej oddziałała na moje życie aniżeli to wszystko, co zdarzyło mi się wcześniej niż przed 50 laty. Ona przyprowadza do domu ludzi, o wiele bardziej interesujących niż nasi przyjaciele czy krewni. A czasem też, jak widać to w przypadku aktualnego sporu o seksualne życie prezydenta, telewizja robi z ludzi małpy. Stacjom chodzi tylko o oglądalność, o reklamodawców, o pieniądze. Nie ma to nic wspólnego z dziennikarstwem.

Dużo pan pali - i to właśnie w Stanach Zjednoczonych. Jak pan wytrzymuje to nieustanne potępianie wszystkich nałogowych palaczy?
Do takiego potępiania dochodzi wtedy, gdy poza tym nie ma już nikogo, kogo można nienawidzić. Dla mnie papierosy są rodzajem swoistego panaceum na depresję, pomagają mi uwolnić się od złych, czy smutnych myśli. A więc palę, także wtedy, kiedy pracuję, i palę jak panowie widzicie - teraz, gdy rozmawiamy. Jedyny problem to taki, że papierosy zabijają. Ale kto wie, czy bez palenia sam nie zabiłbym się już dawno temu.

Czy to znaczy, że próbował pan już kiedyś popełnić samobójstwo?
Dwukrotnie. Tak jak powiedziałem: cierpię na depresję.

Jak wielu pisarzy ?
I jak wielu Niemców !

Co pan wie o swoich niemieckich korzeniach?
Moi przodkowie przybyli do Ameryki w tym czasie, kiedy nie stała tu jeszcze nawet Statua Wolności. To było gdzieś około 1840 roku. Niemieckie pochodzenie stanowiło jeszcze jakiś temat podczas rodzinnych rozmów, kiedy dobre sto lat później poślubiłem moją pierwszą żonę. Niechęć, odczuwana przez wielu Amerykanów dla wszystkiego, co niemieckie, ma zresztą mniej wspólnego z obydwoma światowymi wojnami niż z tym, że w porównaniu do Brytyjczyków czy Włochów, niemieccy imigranci przybywali tu zamożni i dobrze wykształceni. To Niemcy zakładali banki i robili wielkie interesy.

W "Trzęsieniu czasu" powiada się, - że starości nie rozpoznaje się po nogach lub oczach, po tym, że te już nie funkcjonują, lecz po tym, jak się parkuje samochód. W starości już nie potrafi się dobrze zaparkować tyłem. Zna pan to z własnego doświadczenia?
Tak, i wprawia mnie to w potworne zakłopotanie. Szczególnie wtedy, gdy inni się temu przypatrują.

Pisze pan, że chciałby zstąpić do grobu z jednym życzeniem: "popieszczenia tyłeczków i biuścików". Kobiety jeszcze pana pociągają ?
Każdego dnia myślę o seksie. Mam już wprawdzie 75 lat, ale na Boga, niech sobie tylko wyobrażę postać kobiety: cudowne!

Najmłodsze pańskie potomstwo to nastoletnia córka. Czy czyta pańskie książki i potrafi się z nich śmiać?
Moja córka śmieje się z moich słownych dowcipów. Książek nie czyta i - być może - nigdy tego nie zrobi.

Złożył pan zadziwiającą propozycję, żeby każdego bezrobotnego, zanim otrzyma jakieś wsparcie, zmuszono do napisania krytyk książkowej. Skąd ten pomysł?
A czy panowie nie sądzą, że byłoby to piękne ćwiczenie? Każdy powinien zajmować się sztuką, pisać wiersze albo malować obrazy. Nie dla pieniędzy; lecz dla uskrzydlenia duszy. Samo malowanie, tworzenie, jest czymś pięknym, a nie wernisaże - te są koszmarem.

A jak to jest z pisaniem?
Orgiastyczny moment - to gotowy manuskrypt. Gdy został złożony, nie ma się z tym już nic wspólnego. Powinno się pisać dla własnej duszy, a nie tylko dla pieniędzy.

Rozmawiali: Henryk M. Broder i Volker Hage
Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót