Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Statek idiotów
Marek Oramus
"Fenix" 6/15/1992, str. 183-190
rec. "Galapagos"

"Piszę te słowa w powietrzu - czubkiem wskazującego palca lewej ręki, która jest również powietrzem. (...) Czy bardzo dokucza mi świadomość tego, jak bardzo ulotna jest moja twórczość, zapisywana w powietrzu przy pomocy powietrza? No cóż, moje słowa będą równie trwałe jak to, co napisał mój ojciec albo Szekspir, albo Beethoven lub Darwin. Okazuje się, że wszyscy oni pisali powietrzem w powietrzu", wyznaje Leon Trout, syn słynnego Kilgore'a Trouta, autora ponad stu powieści i około tysiąca opowiadań SF. Właściwie to nie Leon Trout opowiada o tej nowej metodzie pisania, tylko jego duch. Pisanie powietrzem w powietrzu zostanie zastosowane za jakiś milion lat, kiedy po ludzkości w dzisiejszym kształcie nie pozostanie ani śladu. Zapomniany zostanie Szekspir, Beethoven, Darwin, nawet Kilgore Trout. Właśnie z tego powodu duch Leona wypowiada się o pisaniu powietrzem w powietrzu z taką chełpliwością

Milion lat. Kawał czasu. Nigdy nie sądziłem, że duchy mogą być aż tak długowieczne.

Różne mogą być formy zapisu. Leon Trocki Trout, jak żartuje z siebie w pewnym miejscu, utrwala swe myśli w powietrzu. Nie jest to najgorszy sposób, skoro bez pomocy demona drugiego rodzaju udało się zebrać to w formie powieści. Napis na okładce głosi: KURT VONNEGUT GALAPAGOS.

Eugene Debs Hartke z innej powieści tegoż Vonneguta, "Hokus pokus", tłumaczy się brakiem papieru. Spisuje swe wynurzenia na czym popadnie, "począwszy od szarego papieru pakunkowego, a na odwrocie wizytówek skończywszy". Tym się tłumaczy różną długość owych strzępków, z reguły dość lapidarnych. Trafiają się nawet zapisy jednozdaniowe.


Z kolei narrator "Rzeźni numer pięć", czyli tym razem sam Kurt Vonnegut jr, naśladuje "telegraficzno-schizofreniczne komunikaty z planety Tralfamadorii". Rzecz w tym, że za każdym razem wychodzi na to samo: kilka lub kilkanaście zdań, z rodzajem puenty na końcu. Tego typu technikę nazywam mozaikową. Ma ona wielką zaletę: można przerwać pisanie w dowolnym momencie i oddalić się w kierunku piwiarni albo w nieświadomość (jedno nie wyklucza drugiego). Można dowolnie montować takie kawałki, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przy takiej formie zapisu żądał tzw. ciągłości. Przeciwnie, rwana myśl, dygresje, iteracje są wpisanew taki typ prozy. Komu się nie podoba, won.

Ponadto istotne jest, że się lubi tak pisać. Albo że się już potrafi tylko tak pisać. Nie inaczej. Jeśli o mnie chodzi, piszę na tzw. grzbietach. Żeby coś nagryzmolić, muszę mieć grzbiety. Bez grzbietów ani rusz. Grzbiety są to kartki papieru czyste tylko po jednej stronie. Po drugiej muszą się znajdować czyjeś bazgroły, moje albo obce. Do grzbietów przyzwyczaiłem się z powodu zarządzeń komunistycznych. Komuniści swego czasu uznali papier za surowiec strategiczny i po prostu wycofali go ze sklepów. Chcieli w ten sposób wykończyć opozycję, która na tym papierze drukowała swoje pisemka podziemne. (Następnym pociągnięciem miało być wycofanie ze sklepów żywności, żeby opozycja pomarła z głodu). Tak czy owak papier był wtedy na wagę złota. Moja była żona (Panie, świeć nad jej duszą) zaopatrywała mnie w papier w szpitalu. Tam go było pod dostatkiem. W sklepach nie.

Redakcja "Fenixa" wykazuje podobno niezdrowe zainteresowanie grzbietami, na których przychodzą moje teksty. "Jeremiasz" Grzędowicz mówił mi, że trzymają gdzieś w głębi biurka jeden grzbiet, który był listem do browaru w Okocimiu. W liście tym uskarżałem się na złe zaopatrzenie Myślenic w piwo"Okocim".


Korektorka z "Fantastyki" mówi mi, że grzbiety, na których piszę, są z reguły ciekawsze od tekstów właściwych. Przyjmuję tę uwagę z pokorą: też uważam, że najlepsze lata mam dawno za sobą. (Przy okazji - odległość między Myślenicami a Okocimiem wynosi zaledwie 56 km).


Notabene ani pod koniec XX wieku, ani milion lat później pisanie nie było ludzkości do niczego potrzebne. Ludzkość mogła się bez tej umiejętności znakomicie obejść. Pod koniec XX wieku czynność ta stała się rodzajem taniego arystokratyzmu dla osobników kompletnie bezużytecznych we wszystkich innych dziedzinach. Byli oni jedynymi egzemplarzami na Ziemi, którzy na serio ubolewali z powodu nawrotu wtórnego analfabetyzmu. Analfabetyzm zwalczali w Polsce po II wojnie światowej komuniści. Dziś wiadomo, dlaczego akurat w tej dziedzinie starali się tak zaciekle: otóż analfabety nie można poddawać indoktrynacji za pomocą słowa drukowanego.


"Galapagos" stanowi kolejną wersję końca ludzkości. Tą książką Vonnegut mówi ludzkości NIE. Bezpośrednią przyczyną zagłady jest pewien wirus pożerający kobiece jaja (bo są jeszcze i męskie), a pośrednią - pomieszanie z poplątaniem, które zafundowała sobie ludzkość, pracując na Apokalipsę przez długie lata. Gdyby nie trafił się ów wirus, koniecznie musiałoby zastąpić go coś innego. Po prostu, jaśnie wielmożna ludzkość, zdaniem Vonneguta, dojrzała do likwidacji. Swoją drogą ciekawe, gdyby znalazło się coś konsumującego męskie jaja. Pewien jednak jestem, że jakiś skryba kończy właśnie powieść na ten temat. Pisze tę niepotrzebną nikomu książkę z nadzieją na sławę i szybki zysk.


Jako przyczynę nieuniknionego kataklizmu cywilizacji człowieka Vonnegut wymienia w "Galapagos" zbyt wielkie mózgi ludzi. Taki mózg, wywodzi, nie może pracować sprawnie. Zawsze znajdzie się w nim niezdrowy i zbędny nadmiar, który staje się źródłem poważnych kłopotów. Taki mózg, zamiast rozprawiać się z problemami, które niesie życie i które gnębią właściciela, zwraca się sam ku sobie i analizuje własną ciemność. Efekt jest taki, że połowa ludzkości to schizofrenicy, a druga połowa - szaleńcy. Jedni i drudzy uważają się jednak za jak najbardziej normalne istoty pod słońcem.

Owe wielkie mózgi nigdy by nie powstały, gdyby człowiek nie zdecydował się na przyjęcie postawy pionowej. W ten sposób został rozwiązany problem chłodzenia wielkiego mózgu, blokujący jego dalszy rozwój. Nasi bracia mniejsi dlatego tylko nie wykształcili inteligencji, gdyż umiłowali bieganie na czterech łapach.To bieganie, nawet bardzo szybkie, jak u geparda, nie rozwiązuje jednak problemu chłodzenia wielkiego mózgu tak skutecznie jak postawa pionowa. (Chociaż ostatnio widziałem, jak mój kot Newton usiłując ściągnąć coś ze stołu wspiął się na tylne łapy. Moim zdaniem, człowiek nie ma szans zbyt długo cieszyć się monopolem na inteligencję.)


Problem, w jaki sposób konieczność chłodzenia mózgu i przejście do postawy pionowej dały w sumie inteligencję, rozwiązał polski komputerolog Konrad Fiałkowski. Nigdy by na to nie wpadł, gdyby jednocześnie nie pisał utworów fantastyczno-naukowych. W przeciwieństwie do Kilgore'a Trouta jest autorem tylko dwóch powieści i dwudziestu siedmiu opowiadań SF. Pomysł chłodzenia wielkiego mózgu przez przejście do pozycji pionowej jest jego najlepszym pomysłem science fiction.


Kilgore Trout, którego nie spotkaliśmy bodaj od "Śniadania mistrzów", w powieści "Galapagos" już nie żyje. Syn za nim nie przepadał, zaś jego zajęcie uważał za durne marnowanie czasu."Tak jak za życia, taki teraz ojciec był nie ogolony. Tak jak za życia, tak i teraz był blady i wymizerowany. I tak jak za życia, tak i teraz palił papierosa". Moim zdaniem Kilgore Trout za bardzo się przejmował. Jasno, jak nikt inny, widział nadchodzący nędzny koniec ludzkości i nie potrafił o tym myśleć bez troski. Kilgore Trout nie przestał się tym przejmować nawet w zaświatach.

Mało kto wie, że pierwowzorem literackim Kilgore'a Trouta był Theodore Sturgeon, który też już nie żyje. Sturgeon znaczy po angielsku jesiotr, natomiast trout w tym samym języku to pstrąg. Obie nazwy oznaczają wielce szlachetne gatunki ryb słodkowodnych, dziś już wybitych do płetwy.


"Dla mnie X. jest mistrzem nieuleczalnego pesymizmu, patrzącym z przerażeniem na to, co może jeszcze uczynić obłąkana ludzkość, jeśli przetrwa". W cytacie tym zamiast X. występuje konkretne nazwisko, ale umyślnie opuściłem je, by dać czytelnikowi okazję do zabawy: kto to napisał i o kim? Otóż Vonnegut napisał to osobiście o Lemie w szkicu pomieszczonym w ksiąźce "Lem w oczach krytyki światowej". Zdanie to równie dobrze mógłby napisać Lem, podstawiając pod X. Vonneguta właśnie. Nic w tym zdaniu nie szwankuje przy takiej zamianie. "Galapagos" jest powieścią o unicestwieniu ludzkości, która dogorywa gdzieś w tle. Statek szaleńców obiera przypadkiem kurs na tytułowe wyspy, zaś garstka pasażerów da początek nowej ludzkości. Po milionie lat ludzie będą mieć płetwy i skrzela i będą znakomicie łowić ryby, doganiając je pod wodą osobiście. W ten i tylko w ten sposób może się ziścić słynna idea powrotu do natury.


Kilgore Trout podczas spotkania z synem oprócz zachęcania go do powrotu w zaświaty wypowiedział się na temat sytuacji na Ziemi. Leon słuchał go jak zwykle pobieżnie, lecz wszystko zapamiętał i zapisał palcem w powietrzu. Kilgore Trout dał mu do zrozumienia, że statek wiozący rozmaite indywidua jest symbolem całej ludzkości. Ten statek to nasza Ziemia.

A oto co powiedział Kilgore Trout: "Tak jak ci ludzie na tym przeklętym statku, tak cała ludzkość, mój synu, dowodzona jest przez kapitanów nie posiadających ani map, ani kompasów, podejmujących decyzje z minuty na minutę i nie mających istotniejszych problemów nad to, jak chronić miłość własną."


Kurt Vonnegut: "Galapagos"
Tłum. Dariusz Józefowicz. Czytelnik 1992

Tekst pochodzi ze strony http://joanna.fandom.art.pl/oramus/galap.htm

Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót