Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Recydywista (recenzja)

Recydywista to powieść o straconych złudzeniach.

Rozpoczęcie omawiania powieści Vonneguta takimi słowami, jest tak odkrywcze, jak znane stwierdzenie koneserów win marki "Wino", że tanie wina są dobre, bo są dobre i tanie. Każda recenzja, esej, analiza, cokolwiek, co wymyslił człowiek, aby pastwić się nad dziełem literackim, poświęcone twórczości tego pisarza, może się zacząć w ten sposób. Więcej. Może się ograniczyć do tych słów. Patrzenie na świat oczyma jego bohaterów wiąże się z ryzykiem utraty wszelkich złudzeń. Tak, jak tracą je oni, kiedy pojmują, że miłość, ta jedyna, wspaniała, niepowtarzalna jest niczym innym, jak skutkiem niekontrolowanych harców cząsteczek chemicznych w ich organizmach... kiedy zastanawiają się nad sensem życia ... Nie rozpocznę w ten sposób.
Spróbuję jeszcze raz...

Jeśli złudzenia...
Nie. Bez sensu. Koniec ze złudzeniami. W Recydywiście nie ma dla nich miejsca. Ktokolwiek ma je choć przez chwilę, szybko dostaje pięścią między oczy. Tak jak bohater powieści, Walter F. Starbuck, starszy mężczyzna, kiedy dowiaduje się, że w miejscu, gdzie w młodości spędził wspaniałe chwile z jedną z czterech kobiet, które kochał w swoim życiu, znajduje się kino pornograficzne, wyświetlające filmy o...
Nic dziwnego, że tak pesymistyczną wymowę ma książka, powstała w jednym z najtrudniejszych okresów życia pisarza. Rodzina w rozsypce, niezbyt przyjazne nastawienie krytyki do ostatnich utworów. No i naturalnie chęć otrząśnięcia się z szoku spowodowanego aferą Watergate, która podważyła zaufanie do najwyższego urzędu w kraju. W Recydywiście wątek Watergate jest jednym z najczęściej poruszanych. Nic dziwnego, skoro głównego bohatera poznajemy w chwili, kiedy opuszcza Federalny Zakład Poprawczy dla Dorosłych Niższego Stopnia Zagrożenia, kończąc odsiadywanie wyroku za udział we wspomnianej aferze. Kim jest on w chwili opuszczania zakładu ? Tym, kim Kilgore Trout w Śniadaniu Mistrzów w czasie, kiedy spotkał Dvayne Hovera.
Nikim.
Jego żona nie żyje, jedyny syn nie chce go znać... Walterowi daleko do wizerunku aferzysty, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Pod więzienie nie podjeżdża limuzyna, z ochroną i oszałamiającą blondynką machającą przez okno chusteczką. Na szwajcarskim koncie nie oczekuje na niego suma pieniędzy, która pozwoli mu na dostatnie życie do końca swoich dni; Nie ma nikogo, kto obdarzyłby mnie uściskiem wybaczenia - albo darmowym posiłkiem i noclegiem na jedną-dwie noce ("Recydywista", tłum. J. Kozak, Warszawa, 1990, s.44, kolejne cytaty pochodzą tego samego wydania). Nasz bohater jest nieudacznikiem życiowym. Amerykańskim Piszczykiem. Najlepszym wyjściem dla niego byłoby dożywotnie więzienie. On sam nie ma złudz... najmniejszych wątpliwości, że każdy dzień jego życia był i będzie tylko przetwarzaniem tlenu w dwutlenek węgla. Chwila powrotu do społeczeństwa staje się dlań powodem do rozmyślań, w których, jak przed śmiercią, przebiega mu przed oczami jedno wielkie pasmo porażek - jego własne życie. Widzimy w nich człowieka, który rujnuje życie rodzinie, znajomym, popychadło, żyjące z konieczności... jeśli prawdą jest że błogosławieni cisi i pokornego serca, to Starbuck jest doskonałym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Co ciekawe, nie jest on karierowiczem w stylu Nikodema Dyzmy. Jest absolwentem Harvardu. Właściwym człowiekiem, na właściwym miejscu. A jednak jego kariera polityczna jest jednym wielkim nieporozumieniem. Pozornie żyje on w świecie wielkiej polityki, ociera się o nazwiska najważniejszych osób w kraju, a jednak znajduje się na marginesie:
"[...]
- Nixon nigdy cię nie szanował - ciągnął Larkin - Litował się nad tobą i to wszystko. Dlatego dał Ci posadę.
- Wiem - odparłem.
- Nawet nie musiałeś pojawiać się w pracy - powiedział Larkin.
- Wiem - odparłem.
- Właśnie dlatego przydzieliliśmy ci gabinet bez okien i sąsiadów: żebyś się w końcu pokapował, że nawet nie musisz pokazywac się w robocie [...]
(s. 86)"
Zadziwiający spokój, z jakim przyjmuje te słowa może tłumaczyć tylko jedno - brak jakichkolwiek kontrargumentów. To jedna z nielicznych jego pozytywnych cech - zdolność do szczerego spojrzenia prawdzie w oczy. Zrozumienia, co soba reprezentuje.
Nic.
Za tym zrozumieniem nie idą jednak żadne konkretne działania. Zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym, jest kiepskim aktorem, grającym przed otoczeniem, jak również przed soba samym. Czasem to on pisze dla siebie scenariusze (w małżeństwie, w czasie studiów), a czasem inni robią to za niego (jak w przypadku kompromitującej pierwszej randki z Sarą, w czasie której wykonuje on wyłącznie zalecenia A. H. McCone). Pozostaje nim do samego końca. Kiedy spotyka Mary Kathleen, Lelanda Cleevesa, Kiedy powraca po latach do Arapacho... Ciągle ukrywa prawdziwe oblicze. Takie zachowanie może usprawiedliwić chyba tylko poczucie hańby. Nie jest przecież niczyim obowiązkiem obwieszczanie całemu światu o swej bezwartości.
Bohater Vonneguta nie jest czymś wyjątkowym, właściwym tylko dla Ameryki opisywanego okresu. Jego problemy są ponadczasowe i ponadnarodowe. W dzieciństwie nie pozwolono mu na wykrystalizowanie własnych poglądów, studia nie nauczyły go niczego pożytecznego, co mogłoby mu pomóc w karierze zawodowej, praca nie mobilizuje go do niczego. Jego życie jest jak przerzucanie dni z kupki "przyszłość" na kupkę "przeszłość".
Bardzo ciekawie w powieści przedstawiony został Harvard. Jedna z najbardziej prestiżowych wyższych uczelni nie tylko w Stanach pojawia się tutaj wyłącznie jako mit. Jego nazwa jest wspominana wyłącznie w kontekstach snobistyczno-arystokratycznych. Ukończenie tego uniwersytetu sprawia, że trafia się do pewnego elitarnego grona, doznaje się nobilitacji prawie na miarę wejścia do rodziny królewskiej. I nic poza tym. W połączeniu z socjalizującymi fragmentami książki jest to zarzut prawie wystarczający do postawienia wszystkich Harvardczyków przed plutonem egzekucyjnym. Problem ten pozostał aktualny. Do dziś machina edukacyjna na całym świecie produkuje największą ilość bubli, zaś edukacja na każdym etapie kojarzy się z wszystkim, tylko nie ze zdobywaniem wiedzy.
Recydywista jak zwykle w przypadku prozy Vonneguta, porusza problemy ponadczasowe, ale jednocześnie bardzo silnie podkreśla związek z nie tak bardzo odległą przeszłością. Dowodzi to, jak głęboko utkwiła w amerykańskiej dumie zadra, której na imię Watergate. Nie przypadkiem bohaterami tej książki na równi z ludźmi są lata [...]" (s. 43). Groteskowy sposób, w jaki jest ukazana rzeczywistość jest jednak najlepszym katharsis, jakim można "przepić" gorzką pigułkę. Zaistnienie podobnej sytuacji w naszym kraju z pewnością stałoby się kanwą do rozpraw etycznych, socjologicznych. Powstałoby pewnie kilka historiozoficznych powieści z kluczem, które jednocześnie uczyniłyby ją mitem. Vonnegut nie chce mityzować ości stojącej Amerykanom w gardle. Dlatego nie ucieka w patos, ale przeciwnie, banalizuje, trywializuje i wyśmiewa całą sprawę, pokazując, jak kręcą się kółka historii. Z tego miejsca jest już niedaleko do wspominanego już Dyzmy.


O tym, że Watergate jest faktem nie trzeba przekonywac nikogo. Szczególnie w Ameryce. Jednak Vonnegut, jak na czołowego przedstawiciela postmodernizmu przystało, nie ogranicza się do banalnego osnucia zdarzeń wokół faktów historycznych, w celu stworzenia iluzji rzeczywistości. Nie sprowadza tego również do współistnienia postaci realnych z fikcyjnymi. Do osiągnięcia swoich celów zaprzęga równiez interesujące jak zwykle środki stylistyczno-kompozycyjne.
Większość powieści Vonnguta otrzymuje interesujące przedmowy. Często są one bardzo luźno związane z treścią samego utworu. Jednak w przypadku Recydywisty jest bardzo silna klamra spinająca realny świat pisarza piszącego swoją przedmowę, ze światem wylewającym się spod jego pióra, czy raczej z maszyny do pisania. Alexander Hamilton McCone. W przedmowie pojawia się on, niby to przypadkiem, w czasie mocno socjalizujących rozważań autora, kiedy przywołana zostaje masakra robotników w Cuyahoga. Aleksander jest synem właściciela fabryki i świadomość wydarzeń sprawia, że jego dotąd niezauważalna wada wymowy, spotęgowana silnym wstrząsem psychicznym, pogłębia się i zamienia jego mowe w niezrozumiały częstokroć bełkot. W ostatnich słowach przedmowy dowiadujemy się, że wychowankiem McCone'a jest Walter F. Starbuck. Kilkanaście strona dalej mamy wrażenie literackiego Dejavu. Z ust głównego bohatera Recydywisty słyszymy o znanych nam już wydarzeniach. O dorastaniu w posiadłości McCone'a, wspólnych grach w szachy, a nawet wzmianki o masakrze w Cuyahoga. Jednak zarówno akcenty, na które kładą nacisk autorzy obu historii, jak i styl opowieści nie zostawiają cienia wątpliwości. Tych słów nie mogła pisać jedna osoba. Vonnegut znakomicie operuje językiem. Te same zdarzenia relacjonuje "osobiście", by później powtórzyć je ustami bohatera, w zupełnie odmienny sposób, z wyeksponowaniem innych elementów. Jak to w życiu, "gdy dwóch mówi to samo to nie jest to samo". Sam narrator auktorialny sugeruje wyraźnie, że jego celem jest przekonanie odbiorcy o prawdziwości przedstawionych wydarzeń: [...] nie chciałbym ryzykować podważenia wiarygodności całej niniejszej powieści [...] (s. 209). Efekt takiego poprowadzenia narracji jest znakomity. Pomimo wielu elementów irracjonalnych, jak np. wielka korporacja RAMJAC - właściciel chyba całej Ameryki, świat przedstawiony nie sprawia wrażenia wyimaginowanego. Można się pokusić o stwierdzenie, że udało się tu perfekcyjnie połączyć ogień i wodę, czyli elementy groteskowe z mimetycznymi. Co najważniejze efektem nie jest cielę z pięcioma głowami, ale krowa z piętnastoma wymionami... może niezbyt efektowne, ale jakie praktyczne.


Historia literatury od czasów Owidiusza i jego "Metamorphosis" jest bardzo zasobna w róznego rodzaju przemiany. Jest w tym temacie coś intrygującego. Poczucie własnej tożsamości, mistycyzm chwili, elementy schizofreni wprowadzane w świat utworu. Najwybitniejsi pisarze świata eksploatowali go na wszelkie sposoby i osiągali tym rózne cele - od grozy, aż do filozoficznych rozważań na temat dwoistości ludzkiej natury. Vonnegut również nie ucieka od tego odwiecznego toposu i również wplata go w swoją opowieść. Jednak "metamorphosis" Starbucka, podobnie jak on sam, nie ma w sobie ani trochę magi, patosu, czy elementów cudowności.
[...] Zrobiłem coś, co uznać można sza najbardziej nieprzyzwoicie intymny akt fizjologiczny w całym swoim życiu. Wydałem na świat koślawego, niemrawego staruszka, a to przez jeden prosty zabieg: przywdziałem cywilne ubranie.[...] (s. 111). Przemiana to nie tylko z nazwy. Przyobleczenie się we własną skórę jest punktem zwrotnym powieści. Niewiele póżniej dochodzi do spotkania z...
Wystarczy już szczegółów. Dość na tym, że rola, maska, sztuczność są nie po raz pierwszy w twóczości Vonneguta bardzo ważnymi elementami znaczeniorodnymi. Niejednokrotnie zajmował się on problematyką poczucia własnej tożsamości, rolami odgrywanymi w teatrze życia, zaś jego bohaterowie czasem balansują na granicy gombrowizowskiej "gęby". Chyba jednak żaden z jego bohaterów nie jest marionetką, jaką jest niewątpliwie Walter F. Starbuck. Jest typowym oportunistą, wcielającym się w role, w jakich obsadzają go inni i, jak pokazuje rozwój wydarzeń, nie jest to dyktowane żadnym determinizmem, ale zwykłym wygodnictwem.
Walter F. Starbuck jest bohaterem na miarę swojego postępowania.


Krzysztof Sucherek,
poniedziałek, 11 grudnia 2000


Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót