Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
  Jak o Kurcie
Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w
Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony
czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Kołyska
przewrócona

Ad 2. Piękno tłumaczenia i tzw. klimat

Nastrój tłumaczenia na początku jest marny i poprawia się po pewnym czasie, wraz z jakością tłumaczenia. I nie jest tak, że tłumacz mógłby się bronić twierdząc, że po prostu postawił na wierność i stąd brak dbałości o klimat; przeciwnie, bardzo często strata nastroju następuje przez to właśnie, że tłumacz odrobinkę zmienia tekst Vonneguta (tu coś dodaje, tam coś opuszcza, siam sensowną rozmowę zmienia w absurd), nie wyczuwając tego, co w danym zdaniu o klimacie decydowało. Nie będę tutaj analizował wszystkich zdań książki, bo bym Cię, Czytelniku, ze szczętem zanudził. Poprzestanę na przytoczeniu paru fragmentów przez tłumacza schrzanionych i jednego fragmentu dobrze zrobionego.

Rozdział 1 (str. DC: 7, Z: 9)
Tu przedstawia nam się narrator:

Oryginał:
"Call me Jonah. My parents did, or nearly did. They called me John."
Tłumaczenie Lecha Jęczmyka:
"Możecie nazywać mnie Jonaszem. Moi rodzice nazwali mnie bardzo podobnie, bo dali mi na imię John."

Jak widać, tłumaczenie polskie omija tu istotny efekt oryginału; narrator chce być nazywany Jonaszem, twierdzi, że tak go nazwali (albo "nazywali") rodzice, ale po chwili przyznaje, że jednak rodzice go nazywali nie do końca tak, tylko podobnie. Tłumaczenie wierniejsze brzmiałoby: "Nazywajcie mnie Jonaszem. Tak nazwali mnie rodzice - no, prawie; nazwali mnie John."

Rozdział 4 (Str. DC: 10, Z: 12)
Tytuł rozdziału czwartego brzmi w oryginale: "A Tentative Tangling of Tendrils". W polskim tłumaczeniu tytuł ten brzmi: "Pierwszy kontakt"; tłumaczowi nie udało się więc przetłumaczyć tytułu rozdziału tak, by, jak w oryginale, każdy wyraz tytułu polskiego zaczynał się na tę samą literę. Paweł Sowiźrał i ja wymyśliliśmy polski tytuł "Próbne plątanie pnącza" i, co ciekawsze, jest to niemal dosłowne tłumaczenie tytułu angielskiego. Na korzyść Lecha Jęczmyka należy jednak powiedzieć, że wymyślenie tego rozwiązania zajęło nam bodaj pół godziny, choć teraz rzeczywiście wydaje się ono oczywiste.

Rozdział 10

Rozdział ten jest szczególnie słaby jeśli chodzi o zachowanie nastroju książki. Muszę tu jednak z całą mocą podkreślić, że nie jest to rozdział reprezentatywny dla tłumaczenia, jest to po prostu rozdział tak zły, że jego wady bardzo prosto jest objaśnić.

Wiadomo, że dla klimatu, przyciągania uwagi czytelnika ważne są skrajności: słowa w rodzaju "bardzo", "wielki" 10 itp. Lech Jęczmyk te klimatotwórcze słowa w tym rozdziale opuszcza lub zmienia na co innego: oto dr Breed, miast umówić się z bohaterem, jak w oryginale, na "wczesny ranek następnego dnia", umawia się na "rano następnego dnia". Podobnie dr Breed ma zawieźć bohatera do laboratorium, "ułatwiając (...) w ten sposób wejście do silnie strzeżonego Laboratorium Badawczego.", polski tłumacz zaś zmienia "silnie strzeżone" (heavily-guarded) w "pilnie strzeżone". Jasne jest, że sformułowanie "silnie strzeżone" sugeruje wielu ochroniarzy oraz wydumane alarmy i systemy bezpieczeństwa (jest więc ważne dla tworzenia klimatu), "pilnie strzec" natomiast może i jedno psisko.

"(...) zarówno kurwa, koło której siadłem przy barze, jak i obsługujący mnie barman chodzili do szkoły z Franklinem Hoenikkerem, dręczycielem owadów, średnim dzieckiem i zaginionym synem słynnego uczonego." - zauważmy, że idealnym zakończeniem zdania byłoby "zaginionym synem"; nie trzeba wyjaśniać czyim, bo Hoenikkerowie są do tekstu powieści wprowadzani pojedynczo i trudno się w nich pogubić. Wyobraźcie sobie Państwo, jak lektor w słuchowisku radiowym powoli czyta ten tekst, robiąc pauzy po "owadów", po "dzieckiem", podkreśla słowo "zaginionym" i kończy zdanie na "synem". Wyszedłby naprawdę ładny efekt i fragment dobrego słuchowiska. Zresztą możliwe, że będziecie Państwo mieli jeszcze lepszy ode mnie pomysł na przeczytanie na głos tego tekstu, ale wtedy też pewnie Państwo stwierdzicie, że "słynnego uczonego" w tym zdaniu zawadza. Ponieważ scena dręczenia owadów przez Franka jest w powieści opisana wcześniej, wcześniej jest również wyraźnie podana informacja, że Frank był średnim dzieckiem, więc podanie tutaj informacji czyim Frank jest synem naprawdę nie jest do niczego potrzebne; czytelnik/słuchacz doskonale Franka już w tym momencie kojarzy. A jak jest w oryginale? Ano tak: "the whore next to me at the bar and the bartender serving me had both gone to high school with Franklin Hoenikker, the bug tormentor, the middle child, the missing son." Czyli w oryginale "the missing son" stanowi właśnie takie dramatyczne zakończenie zdania, natomiast to przeszkadzające objaśnienie, że chodzi o syna słynnego uczonego jest dodatkiem polskiego tłumacza.

"Kurwa, która przedstawiła mi się jako Sandra, zaofiarowała mi rozkosze (...)" - powinno być "zaoferowała"; ofiarować można coś za darmo, względnie w zamian za opiekę jakiegoś bóstwa, Sandra natomiast przypuszczalnie chciała owe rozkosze wymienić na walutę. W oryginale jest "offered me delights".

Sandra opowiada, że w jej szkole klasy wybierały sobie barwy, które nosiły z dumą aż do ukończenia szkoły. Tu w polskiej wersji występuje następujący dialog:
"- Jaki kolor wybraliście - spytałem.
- Pomarańczowo-czarny."
Pytanie, jak wygląda kolor pomarańczowo-czarny? W oryginale bohater pyta o kolory (może być ich więc kilka), na co Sandra odpowiada, że pomarańczowy i czarny ("Orange and black"). To jest właśnie ten zapowiedziany wcześniej przypadek, w którym tłumacz bezsprzecznie sensowną w oryginale rozmowę zmienia w absurd.

Wydaje mi się, że nie są to jeszcze wszystkie miejsca, w których tłumacz - w krótszym niż dwie strony rozdziale 10 - gubi nastrój książki. Nie chciałbym zostać źle zrozumiany: nie twierdzę wcale, że to, by tłumacz dokładnie oddał nastrój oryginału jest bardzo ważne - tłumacz wszak musi jeszcze skupić się na sensie powieści czy filmu, a jest tylko człowiekiem i często po prostu nie jest w stanie zrobić wszystkiego - ale ten rozdział polskiego tłumaczenia jest, jeśli chodzi o nastrój, po prostu bardzo słaby.

Rozdział 12 (DC: str. 25, Z: 28-29)

W oryginale mamy tu do czynienia z barmanem, który miał nos jak truskawka, która wygrała nagrodę na konkursie hodowców. Tłumacz jednak przetłumaczył "nos miał niczym eksportowa truskawka", co dzisiaj nie jest już śmieszne. Czyżby za komuny nie było konkursów hodowców truskawek?

Tenże barman o dziwnym nosie powtarza często w swojej wypowiedzi słowo "fugging", co jest przekręceniem (być może wynikającym z dialektu) słowa "fucking". W wersji polskiej ów barman bez przerwy ubarwia swą wypowiedź słowem "pieprzony", co nie jest ani w połowie tak zabawne, jak w wersji angielskiej słowo "fugging". A szkoda, bo dałoby się osiągnąć ciekawe efekty humorystyczne, jak na przykład w następującym fragmencie: "Chorelni ludzie, którzy tu przychodzą, też się nie zmieniają, ani to chorelne miasto na zewnątrz. W dniu, w którym chorelna bomba Hoenikkera została zrzucona na Japończyków, przyszedł tu włóczęga i próbował wybłagać drinka." W tłumaczeniu Lecha Jęczmyka brzmi to znacznie mniej zabawnie:
"Nigdy nie zmienią pieprzonych klientów ani tego pieprzonego miasteczka. W dniu, w którym zrzucili na Japończyków pieprzoną bombę tego Hoenikkera, przyszedł jakiś obdartus i próbował wycyganić drinka."
A wystarczyło zmienić zbyt dosadnych "pieprzonych" w - na przykład - piprznych:
"Nigdy nie zmienią piprznych klientów ani tego piprznego miasteczka. W dniu, w którym zrzucili na Japończyków piprzną bombę tego Hoenikkera, przyszedł jakiś obdartus i próbował wycyganić drinka."
i już tekst staje się jakiś zabawniejszy.
Trzeba jednak przyznać, że choć Lech Jęczmyk nie postarał przy sposobie mówienia barmana, to w dalszej części książki udało mu się stworzyć całkiem ciekawy dialekt San Lorenzo, który przewija się przez dużą część książki i choćby dlatego jest ważniejszy niż dialekt barmana.

Rozdział 53 (Str. DC: 92-93, Z: 98-100)

Tutaj dla odmiany powiem, że jest to rozdział dość nastrojowo przetłumaczony. Nie wdając się w dywagacje przytoczę tylko fragmencik:
"Angela zachęcała mnie do obejrzenia wszystkich zdjęć.
- Trudno w to uwierzyć, ale to ja - powiedziała, pokazując mi podlotka wzrostu sześciu stóp. Fotografia przedstawiała ją z klarnetem w ręku, w mundurku szkolnej orkiestry. Włosy miała ukryte pod kapeluszem, również należącym do stroju. Uśmiechała się dobrym, nieśmiałym uśmiechem."

Podoba mi się na przykład "podlotek wzrostu sześciu stóp" (świetnie skonstruowany, ja pewnie próbowałbym jakiegoś "podlotka o wzroście sześć stóp" czy "podlotka mającego sześć stóp wzrostu". Podoba mi się to, że tłumacz nie zląkł się tego "dobrego (...) uśmiechu", nie szukał jakichś bliskoznacznych idiomów, i to, że zamienił "dobrym" i "nieśmiałym" miejscami (w oryginale jest "shy good cheer". I inne rzeczy też mi się podobają. Aż trudno uwierzyć, taki malutki fragment, a tyle szczególików cieszy umysł.

Wiersze i piosenki

Wiersze i piosenki są dość nastrojowe, i do tego - co było już podkreślane - dość wierne. Niewątpliwie stanowią ozdobę tego tłumaczenia.

« powrót    dalej »

Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.
Strona Główna   Powrót