Ad 2. Piękno tłumaczenia i tzw. klimat
Nastrój tłumaczenia na początku jest marny i poprawia się po pewnym czasie,
wraz z jakością tłumaczenia. I nie jest tak, że tłumacz mógłby się bronić
twierdząc, że po prostu postawił na wierność i stąd brak dbałości o klimat;
przeciwnie, bardzo często strata nastroju następuje przez to właśnie, że tłumacz
odrobinkę zmienia tekst Vonneguta (tu coś dodaje, tam coś opuszcza, siam
sensowną rozmowę zmienia w absurd), nie wyczuwając tego, co w danym zdaniu o
klimacie decydowało. Nie będę tutaj analizował wszystkich zdań książki, bo bym
Cię, Czytelniku, ze szczętem zanudził. Poprzestanę na przytoczeniu paru
fragmentów przez tłumacza schrzanionych i jednego fragmentu dobrze
zrobionego.
Rozdział 1 (str. DC: 7, Z: 9)
Tu przedstawia nam się narrator:
Oryginał:
"Call me Jonah. My parents did, or nearly did. They called me John."
Tłumaczenie Lecha Jęczmyka:
"Możecie nazywać mnie Jonaszem. Moi rodzice nazwali mnie bardzo podobnie, bo
dali mi na imię John."
Jak widać, tłumaczenie polskie omija tu istotny efekt oryginału; narrator
chce być nazywany Jonaszem, twierdzi, że tak go nazwali (albo "nazywali")
rodzice, ale po chwili przyznaje, że jednak rodzice go nazywali nie do końca
tak, tylko podobnie. Tłumaczenie wierniejsze brzmiałoby: "Nazywajcie mnie
Jonaszem. Tak nazwali mnie rodzice - no, prawie; nazwali mnie John."
Rozdział 4 (Str. DC: 10, Z: 12)
Tytuł rozdziału czwartego brzmi w oryginale: "A Tentative Tangling of Tendrils".
W polskim tłumaczeniu tytuł ten brzmi: "Pierwszy kontakt"; tłumaczowi nie udało
się więc przetłumaczyć tytułu rozdziału tak, by, jak w oryginale, każdy wyraz
tytułu polskiego zaczynał się na tę samą literę. Paweł Sowiźrał i ja
wymyśliliśmy polski tytuł "Próbne plątanie pnącza" i, co ciekawsze, jest to
niemal dosłowne tłumaczenie tytułu angielskiego. Na korzyść Lecha Jęczmyka
należy jednak powiedzieć, że wymyślenie tego rozwiązania zajęło nam bodaj pół
godziny, choć teraz rzeczywiście wydaje się ono oczywiste.
Rozdział 10
Rozdział ten jest szczególnie słaby jeśli chodzi o zachowanie nastroju
książki. Muszę tu jednak z całą mocą podkreślić, że nie jest to rozdział
reprezentatywny dla tłumaczenia, jest to po prostu rozdział tak zły, że jego
wady bardzo prosto jest objaśnić.
Wiadomo, że dla klimatu, przyciągania uwagi czytelnika ważne są skrajności:
słowa w rodzaju "bardzo", "wielki" 10 itp. Lech Jęczmyk te klimatotwórcze słowa w
tym rozdziale opuszcza lub zmienia na co innego: oto dr Breed, miast umówić się
z bohaterem, jak w oryginale, na "wczesny ranek następnego dnia", umawia się na
"rano następnego dnia". Podobnie dr Breed ma zawieźć bohatera do laboratorium,
"ułatwiając (...) w ten sposób wejście do silnie strzeżonego Laboratorium
Badawczego.", polski tłumacz zaś zmienia "silnie strzeżone" (heavily-guarded) w
"pilnie strzeżone". Jasne jest, że sformułowanie "silnie strzeżone" sugeruje
wielu ochroniarzy oraz wydumane alarmy i systemy bezpieczeństwa (jest więc ważne
dla tworzenia klimatu), "pilnie strzec" natomiast może i jedno psisko.
"(...) zarówno kurwa, koło której siadłem przy barze, jak i obsługujący mnie
barman chodzili do szkoły z Franklinem Hoenikkerem, dręczycielem owadów, średnim
dzieckiem i zaginionym synem słynnego uczonego." - zauważmy, że idealnym
zakończeniem zdania byłoby "zaginionym synem"; nie trzeba wyjaśniać czyim, bo
Hoenikkerowie są do tekstu powieści wprowadzani pojedynczo i trudno się w nich
pogubić. Wyobraźcie sobie Państwo, jak lektor w słuchowisku radiowym powoli
czyta ten tekst, robiąc pauzy po "owadów", po "dzieckiem", podkreśla słowo
"zaginionym" i kończy zdanie na "synem". Wyszedłby naprawdę ładny efekt i
fragment dobrego słuchowiska. Zresztą możliwe, że będziecie Państwo mieli
jeszcze lepszy ode mnie pomysł na przeczytanie na głos tego tekstu, ale wtedy
też pewnie Państwo stwierdzicie, że "słynnego uczonego" w tym zdaniu zawadza.
Ponieważ scena dręczenia owadów przez Franka jest w powieści opisana wcześniej,
wcześniej jest również wyraźnie podana informacja, że Frank był średnim
dzieckiem, więc podanie tutaj informacji czyim Frank jest synem naprawdę nie
jest do niczego potrzebne; czytelnik/słuchacz doskonale Franka już w tym
momencie kojarzy. A jak jest w oryginale? Ano tak: "the whore next to me at the
bar and the bartender serving me had both gone to high school with Franklin
Hoenikker, the bug tormentor, the middle child, the missing son." Czyli w
oryginale "the missing son" stanowi właśnie takie dramatyczne zakończenie
zdania, natomiast to przeszkadzające objaśnienie, że chodzi o syna słynnego
uczonego jest dodatkiem polskiego tłumacza.
"Kurwa, która przedstawiła mi się jako Sandra, zaofiarowała mi rozkosze
(...)" - powinno być "zaoferowała"; ofiarować można coś za darmo, względnie w
zamian za opiekę jakiegoś bóstwa, Sandra natomiast przypuszczalnie chciała owe
rozkosze wymienić na walutę. W oryginale jest "offered me delights".
Sandra opowiada, że w jej szkole klasy wybierały sobie barwy, które nosiły z
dumą aż do ukończenia szkoły. Tu w polskiej wersji występuje następujący dialog:
"- Jaki kolor wybraliście - spytałem.
- Pomarańczowo-czarny."
Pytanie, jak wygląda kolor pomarańczowo-czarny? W oryginale bohater pyta o
kolory (może być ich więc kilka), na co Sandra odpowiada, że pomarańczowy i
czarny ("Orange and black"). To jest właśnie ten zapowiedziany wcześniej
przypadek, w którym tłumacz bezsprzecznie sensowną w oryginale rozmowę zmienia w
absurd.
Wydaje mi się, że nie są to jeszcze wszystkie miejsca, w których tłumacz - w
krótszym niż dwie strony rozdziale 10 - gubi nastrój książki. Nie chciałbym
zostać źle zrozumiany: nie twierdzę wcale, że to, by tłumacz dokładnie oddał
nastrój oryginału jest bardzo ważne - tłumacz wszak musi jeszcze skupić się na
sensie powieści czy filmu, a jest tylko człowiekiem i często po prostu nie jest
w stanie zrobić wszystkiego - ale ten rozdział polskiego tłumaczenia jest, jeśli
chodzi o nastrój, po prostu bardzo słaby.
Rozdział 12 (DC: str. 25, Z: 28-29)
W oryginale mamy tu do czynienia z barmanem, który miał nos jak truskawka,
która wygrała nagrodę na konkursie hodowców. Tłumacz jednak przetłumaczył "nos
miał niczym eksportowa truskawka", co dzisiaj nie jest już śmieszne. Czyżby za
komuny nie było konkursów hodowców truskawek?
Tenże barman o dziwnym nosie powtarza często w swojej wypowiedzi słowo
"fugging", co jest przekręceniem (być może wynikającym z dialektu) słowa
"fucking". W wersji polskiej ów barman bez przerwy ubarwia swą wypowiedź słowem
"pieprzony", co nie jest ani w połowie tak zabawne, jak w wersji angielskiej
słowo "fugging". A szkoda, bo dałoby się osiągnąć ciekawe efekty humorystyczne,
jak na przykład w następującym fragmencie: "Chorelni ludzie, którzy tu
przychodzą, też się nie zmieniają, ani to chorelne miasto na zewnątrz. W dniu, w
którym chorelna bomba Hoenikkera została zrzucona na Japończyków, przyszedł tu
włóczęga i próbował wybłagać drinka." W tłumaczeniu Lecha Jęczmyka brzmi to
znacznie mniej zabawnie:
"Nigdy nie zmienią pieprzonych klientów ani tego pieprzonego miasteczka. W
dniu, w którym zrzucili na Japończyków pieprzoną bombę tego Hoenikkera,
przyszedł jakiś obdartus i próbował wycyganić drinka."
A wystarczyło zmienić zbyt dosadnych "pieprzonych" w - na przykład - piprznych:
"Nigdy nie zmienią piprznych klientów ani tego piprznego miasteczka. W dniu, w
którym zrzucili na Japończyków piprzną bombę tego Hoenikkera, przyszedł jakiś
obdartus i próbował wycyganić drinka."
i już tekst staje się jakiś zabawniejszy.
Trzeba jednak przyznać, że choć Lech Jęczmyk nie postarał przy sposobie mówienia
barmana, to w dalszej części książki udało mu się stworzyć całkiem ciekawy
dialekt San Lorenzo, który przewija się przez dużą część książki i choćby
dlatego jest ważniejszy niż dialekt barmana.
Rozdział 53 (Str. DC: 92-93, Z: 98-100)
Tutaj dla odmiany powiem, że jest to rozdział dość nastrojowo
przetłumaczony. Nie wdając się w dywagacje przytoczę tylko fragmencik:
"Angela zachęcała mnie do obejrzenia wszystkich zdjęć.
- Trudno w to uwierzyć, ale to ja - powiedziała, pokazując mi podlotka wzrostu
sześciu stóp. Fotografia przedstawiała ją z klarnetem w ręku, w mundurku
szkolnej orkiestry. Włosy miała ukryte pod kapeluszem, również należącym do
stroju. Uśmiechała się dobrym, nieśmiałym uśmiechem."
Podoba mi się na przykład "podlotek wzrostu sześciu stóp" (świetnie
skonstruowany, ja pewnie próbowałbym jakiegoś "podlotka o wzroście sześć stóp" czy
"podlotka mającego sześć stóp wzrostu". Podoba mi się to, że tłumacz nie zląkł
się tego "dobrego (...) uśmiechu", nie szukał jakichś bliskoznacznych idiomów, i
to, że zamienił "dobrym" i "nieśmiałym" miejscami (w oryginale jest "shy good
cheer". I inne rzeczy też mi się podobają. Aż trudno uwierzyć, taki malutki
fragment, a tyle szczególików cieszy umysł.
Wiersze i piosenki
Wiersze i piosenki są dość nastrojowe, i do tego - co było już podkreślane -
dość wierne. Niewątpliwie stanowią ozdobę tego tłumaczenia.
« powrót dalej »
|