Ad. 1 Wierność
Dedykacja, motto i tytuł
Zacznijmy od tego, że w większości polskich wydań omawianej powieści brak
jest dedykacji, która w oryginale brzmi tak: "For Kenneth Littauer, a man of
gallantry and taste". Wydaje mi się, że jedynym wyjątkiem jest edycja
wydawnictwa Zysk i S-ka, gdzie opuszczenie to zostało poprawione. Ową brakującą
dedykację można spróbować przetłumaczyć na przykład tak: "Kennethowi
Littauerowi, człowiekowi pełnemu rycerskości i smaku.". Trzeba tu zauważyć, że
sam brak dedykacji nie jest jakąś straszną wadą, także Maria Skibniewska podczas
tłumaczenia "Władcy pierścieni" J. R. R. Tolkiena opuściła od czasu do czasu
jakieś zdanie, a pomimo tego wielu ludzi uważa jej przekład za najlepszy. Brak
zdania zwykle jest jednak wadą, a powstają już teraz edycje, w których
opuszczenia Marii Skibniewskiej są wyszukiwane i poprawiane (robi to grupa, do
której należy m.in. tolkienista Marek Gumkowski i tłumaczka Agnieszka
Sylwanowicz), więc sygnalizuję, że można by to zrobić i w wypadku "Kociej
kołyski".
Dalej w "Kociej kołysce" mamy motto. Jego fragment stanowi cytat z "Ksiąg
Bokonona" (religijne to dzieło jest wymysłem autora) i brzmi po angielsku: "Live
by the foma that make you brave and kind and healthy and happy", czyli "Żyj w
oparciu o taką fomę, która uczyni cię odważnym, pełnym życzliwości, zdrowym i
szczęśliwym". Zwracam uwagę, że "the" oznacza w angielskim "ten", "ta", "to"
(np. "the child" - "to dziecko")1, który to sens jest często niezauważany. W tym
właśnie wypadku pominięcie tego znaczenia prowadzi do błędu, który popełnił Lech
Jęczmyk. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Na dole strony wydania angielskiego widnieje przypis informujący, że foma to
"nieszkodliwe nieprawdy", a jak dowiadujemy się w dalszej części powieści, fomą
- owymi nieszkodliwymi nieprawdami - mogą być religie. W tym kontekście motto
oznaczałoby w uproszczeniu, że winniśmy tak dobierać swe wyznanie (czyli zbiór
nieprawd, w które wierzymy), aby czyniło ono z nas lepszego człowieka.
Niestety, opublikowane przez DaCapo i wydawnictwo Zysk i S-ka tłumaczenie
brzmi: "Kierujcie się w życiu fomą, czyli nieszkodliwym łgarstwem - ono da wam
odwagę, dobroć, zdrowie i szczęście". Tłumacz pominął w swoim tłumaczeniu słowo
"the", więc nie otrzymał sensu, że człowiek powinien kierować się takim zbiorem
nieprawd, który byłby jak najbardziej pożyteczny ("Żyj w oparciu o taką fomę,
która uczyni cię (...)"). Zamiast tego otrzymał sens, że człowiek powinien
polegać na jakichkolwiek nieszkodliwych nieprawdach, a one go zaraz uczynią
zdrowszym, lepszym i go uszczęśliwią ("Kierujcie się w życiu (...) nieszkodliwym
łgarstwem - ono da wam odwagę, dobroć, zdrowie, szczęście").
Poza tym, jak każdy widzi, napisany przez autora przypis został przez
tłumacza inkorporowany do tekstu głównego, moim zdaniem bezzasadnie.
Kwestia motta jest o tyle ważna, że jest to fragment książki, który może
znacznie wpłynąć na jej interpretację przez czytelnika, może być wręcz odbierany
jako klucz do jej całości. Poza tym wykrzywione tutaj zdanie jest częścią idei
bokononizmu, bardzo ważnego tematu książki. W dodatku, jak pokażemy, nie jest to
jedyne wykrzywione w przekładzie zdanie tyczące się bokononizmu.
Jeśli zaś jesteśmy przy potencjalnych kluczach do odbioru powieści, omówmy
też tytuł. Jego polskie tłumaczenie ("Kocia kołyska") też nie jest najszczęśliwsze:
otóż użyte w tytule słowo "cradle" oznacza nie tylko kołyskę (urządzenie do
kołysania małych dzieci), ale i kolebkę w sensie miejsca pochodzenia (np. jak w
zdaniu "Grecja jest kolebką kultury europejskiej"). Tytułowa "Kocia kolebka" to
być może nie tylko figura ze sznurka ułożona przez dr Felixa Hoenikkera (zwana w
polskim przekładzie kocią kołyską), nie tylko metafora czegoś udawanego,
nieistniejącego w rzeczywistości ("- Widzisz tu kota? - zapytał Newt - Widzisz
tu kolebkę?"), czegoś, czego nie ma, ale też źródło i przyczyna katastrofy,
która następuje w finale książki. Nie mogę wykluczyć, że przeinterpretowuję, ale
być może polski czytelnik ma prawo, by na podstawie przekładu samemu prowadzić
takie dywagacje, tzn. samemu rozmyślać i badać, na ile taka interpretacja ma
sens. Więcej, przyjemnie byłoby, gdyby na podstawie polskiego przekładu dało się
napisać artykuł broniący takiej interpretacji (lub taką interpretację obalający)
2. Jeśli zaś o dywagacje chodzi, to nawet jeśli ktoś wie, co oznacza znajdujące
się w tytule słowo "cradle", przekład Lecha Jęczmyka takich dywagacji nadal nie
ułatwia. Oto bowiem słowo "kołyska", będące częścią polskiego tytułu, w polskiej
wersji książki nie występuje w tych samych miejscach, w których w oryginalnej
wersji występuje jego odpowiednik w tytule angielskim, słowo "cradle". W wersji
angielskiej bowiem mały Newt ze swoją kochanką Zinką "kołysał (ang. cradled) się
w starym, białym, plecionym fotelu Felixa Hoenikkera" (rozdział 58). W wersji
Lecha Jęczmyka w tym miejscu jest: "(...) siedząc w starym, białym, wiklinowym
fotelu Feliksa Hoenikkera (...)" (tylko w wydaniu Zyska jest "Felixa", a nie
"Feliksa", ale w porównaniu ze znaczeniem omawianej tu kwestii jest to zaiste
drobiazg). Ów fotel jest przypuszczalnie fotelem bujanym i stąd owo kołysanie,
mogę tylko przypuszczać, że tłumacz takiego fotela nie znał (ja taki pleciony
fotel na biegunach miałem w dzieciństwie) i dał do tekstu "siedzenie" zamiast
"kołysanie", chcąc uwiarygodnić opis.
W polskim tłumaczeniu słowo "kołyska" jest jednak dodane w innym miejscu; oto
panna Faust służyła doktorowi Breedowi "niemal od kołyski" podczas gdy w wersji
angielskiej służyła "przez prawie całe jego życie, jak i jej życie" (rozdział
17).
A przecież dociekliwy badacz i czytelnik ma prawo przypuszczać, że jeśli w
polskiej wersji znajduje się w jakimś miejscu słowo z tytułu (z tytułu więc
kluczowe), to w tym samym miejscu znajduje się i w oryginale, prawda?
Co to jest karass i czy da się go lepiej poznać?
Tłumaczenie Lecha Jęczmyka w ogóle nie jest za wierne, co szczególnie
wykrzywia myśl oryginału przy fragmentach tyczących się stworzonej przez autora religii:
bokononizmu. Ponieważ atak na tłumaczenie zacząłem dość ostro: od tytułu, motta
i dedykacji, możemy teraz zwolnić i wziąć pod lupę jedną z piosenek w tym
tłumaczeniu. Będzie to też dla nas możliwość, by powiedzieć o tłumaczeniu także
coś dobrego. Nawiasem mówiąc w starszych polskich wydaniach oraz w wydaniu Zyska
znajduje się informacja, że wiersze tłumaczył Janusz Jęczmyk, tej informacji
brak w wydaniu da Capo.
Na stronie 8 wydania da Capo (rozdział 2) narrator objaśnia nam jeden z
podstawowych terminów religii zwanej bokononizmem, tj. karass. Karass to grupa
ludzi wspólnie - niekoniecznie zdając sobie z tego sprawę - realizujących wolę
Bożą. Autor przedstawia nam też jedną z piosenek napisanych przez Bokonona
(twórcę bokononizmu) i pokazujących, co to karass (swoją drogą pomysł, by w
świętej księdze zamiast psalmów były piosenki calypso jest kapitalny i według
mnie zrozumiały w polskim tłumaczeniu). W każdym razie, oto piosenka o karassie
(dostępne wydania różnią się interpunkcją, co nie wydaje się wpływać na
sens):
Oryginał
Oh, a sleeping drunkard
Up in Central Park,
And a lion-hunter
In the jungle dark,
And a Chinese dentist,
And a British queen -
|
|
Tłumaczenie Janusza Jęczmyka
Pijak, który w parku śpi,
Królowa brytyjska,
Łowca, który tropi lwy
I Chiński dentysta,
|
Jak widać, na razie w tłumaczeniu Janusza Jęczmyka utracone zostaje tylko to,
że pijak jest w Central Park, natomiast łowca jest w dżungli, inaczej mówiąc, że
ludzie ci są w zupełnie innych miejscach. Tłumacz będzie jednak próbował
odzyskać tę stratę w dalszej części piosenki, co trzeba mu niewątpliwie zaliczyć
na plus.
Oryginał (cd)
All fit together
In the same machine.
Nice, nice, very nice;
Nice, nice, very nice;
Nice, nice, very nice -
So many different people
in the same device.
|
|
Tłumaczenie Janusza Jęczmyka (cd)
Mędrek, przygłup, pracuś, leń,
Tyran i poddany,
Chcąc czy nie chcąc tworzą ten
Przedziwny mechanizm.
Och, tak, właśnie tak!
W świecie rozsypani
Funkcjonują razem jak
Przedziwny mechanizm.
|
Tutaj w tłumaczeniu polskim dodana została informacja, że członkami karassu
mogą być osobniki antypatyczne lub z wadami (przygłup, pracuś, leń). Jakby się
zastanowić, to pewnie jest to prawda, i w bokononizmie każdy ma swój własny
karass... Niemniej w oryginalnym tekście piosenki czegoś takiego nie ma, a
dodanie takiej informacji w polskim tekście niestety pozbawia karass otoczki
mistycyzmu, co wpływa na odbiór idei bokononizmu przez czytelnika. W dodatku
dzieje się to akurat w miejscu, gdzie bokononizm jest czytelnikowi dopiero
przedstawiany3.
Trzeba nadmienić, że "w świecie rozsypani" w polskim przekładzie
nie jest błędem - jest przypuszczalnie próbą tłumacza (chyba udaną!), by
nadrobić utraconą wcześniej informację, że pijak może być w Central Parku, a
łowca lwów - w dżungli.
Czy dało się to zrobić lepiej? Według mnie udało się to Pawłowi Sowiźrałowi
(przy mojej niewielkiej pomocy). Oto jego wersja:
Oryginał
Oh, a sleeping drunkard
Up in Central Park,
And a lion-hunter
In the jungle dark,
And a Chinese dentist,
And a British queen -
All fit together
In the same machine.
Nice, nice, very nice;
Nice, nice, very nice;
Nice, nice, very nice -
So many different people
in the same device.
|
|
Tłumaczenie: Paweł Sowiźrał
Och, więc śpiący pijak,
gdzieś tam w Central Park
i pogromca zwierza
co gdzieś w dżungli trwa,
i chiński dentysta,
brytyjska królowa,
Tak różni ludzie pasują
w jednej maszyny koła.
Miłe, miłe, bardzo miłe;
Miłe, miłe, bardzo miłe;
Miłe, miłe, bardzo miłe -
Tylu różnych ludzi
w tej samej maszynie.
|
W rozdziale 3 (str. DC: 9, Z: 11) znajduje się także następujący fragment:
"Bokonon nigdzie nie ostrzega przed próbami ustalenia, kto wchodzi w skład
naszego karassu i jakie zadanie zostało mu przydzielone przez wszechmogącego
Boga. Bokonon stwierdza po prostu, że wszelkie takie próby są z góry skazane na
niepowodzenie.4"
Fragment ten w polskim tłumaczeniu zniechęca czytelnika do badania świata,
stwierdzając bezcelowość wszelkich ludzkich badań i dociekań (tekst, zdawałoby
się mówi tylko o dociekaniach na temat naszego karassu i danej nam od Boga
misji, ale można to przecież rozumieć jako inaczej nazwane odkrywanie naszego
miejsca w świecie i naszego powołania). Drugie z cytowanych zdań brzmi w
oryginale jednak: "Bokonon simply observes that such investigations are bound to
be incomplete" czyli "Bokonon po prostu zauważa, że badania takie skazane są na
bycie niepełnymi." Tak więc w oryginale ludzkie dociekania i próby zrozumienia
skazane są na "bycie niepełnymi", a nie "na niepowodzenie", czyli oryginał
książki nie zniechęca do badań i dociekań, a jedynie przestrzega przed
przeświadczeniem, że człowiek poznał lub może poznać wszystko. Tymczasem wersja
polska kładzie nacisk na niepowodzenie (a zatem bezcelowość) wszelkich prób
poznania naszego karassu i naszej misji. Wypacza to w sposób istotny
interpretację fragmentu.
Jest tu jeszcze druga istotna różnica: jako się rzekło w tekście angielskim
jest mowa, że Bokonon "zauważa", natomiast w polskiej wersji Bokonon
"stwierdza";
wobec tego w wersji angielskiej narrator wyraźnie zgadza się w tej kwestii z
Bokononem (zauważyć można tylko coś, co istnieje), natomiast w polskiej
niekoniecznie.
Rozdział 4 (str. DC: 10, Z: 13)
Narrator używając nazewnictwa bokononistycznego - narrator podaje się za
bokononistę - poetycko porównuje splatanie się życiorysów grupy ludzi ze
splataniem się roślin: "Dr Hoenikker himself was no doubt a member of my karass,
though he was dead before my sinookas, the tendrils of my life, began to tangle
with those of his children."
Powyższy fragment można by przetłumaczyć na przykład tak: "Osobiście doktor
Hoenikker był bezsprzecznie członkiem mojego karass, jednakże umarł, zanim moje
sinookas, pnącza mego życia, zaczęły się plątać z pnączami życia jego
dzieci"5.
Podany wyżej przekład nie oddaje wprawdzie tego, że "tendrils" to bodaj
jedynie te organy rośliny pnącej, które służą do oparcia się, a nie cała roślina (takie
przynajmniej przeświadczenie wyniosłem z kilku angielskojęzycznych słowników,
ale przy mojej biologicznej indolencji to jeszcze niczego nie udowadnia), ale
przynajmniej oddaje to, iż we fragmencie chodzi o splatanie się roślin
pnących.
Lech Jęczmyk nie tłumaczy tej metafizyki, ale wydaje się ją parodiować: "Sam
doktor Hoenikker musiał być również członkiem mojego karassu, mimo że nie żył
już, kiedy moje sinuki, czyli czułki mojego życia, zaczęły splatać się z
czułkami jego dzieci."
Nie wykluczam, iż tłumacz odniósł wrażenie, że w słowie "tendrils" pobrzmiewa
w pewnym stopniu słowo "tender", czyli "czuły" i starał się to oddać. Nie wydaje
się jednak, żeby odzwierciedlenie tego niuansu znaczeniowego było na tyle ważne,
by dawać do tekstu polskiego jakieś splatające się czułki, zmieniając tym samym
tekst metaforyczny w tekst absurdalny.
Rozdział 39 (Str. DC: 68, Z: 73)
"W tym miejscu sprawdziłem w encyklopedii, co to jest fatamorgana, i
dowiedziałem się, że jest to miraż, czyli mamidło, nazwane tak od Morgana le
Fay, czarownika mieszkającego na dnie jeziora. Słynął on z tego, że pojawiał się
w Cieśninie Messyńskiej pomiędzy Kalabrią a Sycylią." - tak brzmi fragment
rzeczonej powieści w tłumaczeniu Lecha Jęczmyka.
Ów "Morgan le Fay" w oryginale powieści Vonneguta nazywa się dokładnie tak
samo: "Morgan le Fay".
Osoba znająca trochę legendy arturiańskie skojarzyć może, iż Morgan le Fay to
postać żeńska z tychże legend. Po odszukaniu opisu owej postaci w "Świecie króla
Artura" Andrzeja Sapkowskiego, kompendium o legendzie arturiańskiej, znajdujemy
następujący fragment: "Morgana, Morgaine, Morgian, Morgan la Fée (Le Fay) była
czarodziejką. Złą czarodziejką".
Wynikałoby z tego, że Morgan le Fay, pomimo imienia - dla polskiego ucha -
męskiego, była kobietą. Zgadza się też co do tego mój słownik Webstera6,
definiujący hasło "Morgan le Fay" jako "an enchantress in Arthurian legend"
(czarodziejka z Arturiańskiej legendy). Nie jest to więc "ów" Morgan le Fay, ale
"owa" Morgan le Fay. W tekście polskiego tłumaczenia powinno więc być nie:
"nazwane tak od Morgana le Fay", ale na przykład: "nazwane tak od Morgan le
Fay". Nie wiem, czy można o ten błąd mieć pretensje do tłumacza: gdy to
tłumaczył, nie było "Światu króla Artura" Andrzeja Sapkowskiego, nie było
encyklopedii na CD, w których wiele rzeczy można teraz szybko sprawdzić, nie
było Internetu...
Jako ciekawostkę podaję, że nie tylko Vonnegut, ale także słownik Webstera
zgadza się co do tego, iż "Fata Morgana" wzięła swą nazwę od Morgan le Fay. Ale
gdy zacząłem szukać w Internecie informacji na temat owej czarodziejki (chciałem
sprawdzić pewne swoje przypuszczenie, które o tyle jest nieważne, że się nie
potwierdziło) dowiedziałem się, że to nie sama Morgana le Fay, lecz Fata Morgana
(zjawisko) zasłynęła pojawieniem się w Cieśninie Messyńskiej7. Do tłumacza nie
mam tutaj pretensji; nie miał Internetu, kwestia nie była szczególnie ważna, a
zdanie w oryginale rzeczywiście jest dwuznaczne, zresztą sam pewnie też dałbym
się na to złapać.
Rozdział 44 (Str. DC: 77-78, Z: 83-84)
W mojej recenzji skupiam się głównie na wpadkach tłumaczenia, wydaje mi się
jednak, że powinienem też przeanalizować, krok po kroku, jakiś większy jego
fragment, pokazując Czytelnikowi zarówno odejścia od oryginału (jak to czyniłem
dotychczas), jak i miejsca o szczególnej wierności czy też ponadprzeciętnej
urodzie, czy też po prostu miejsca dobrze zrobione. Gdybym tego nie uczynił,
gdybym nie wskazał palcem fragmentów lepiej przetłumaczonych, Czytelnik mógłby
odnieść niesłuszne wrażenie, że takich fragmentów tu nie ma, a ja po prostu
wskazuję kilka błędów z olbrzymiej sterty. Myślę też, że wskazywanie ciekawszych
błędów z jednych fragmentów książki, a miejsc dobrze zrobionych z innych
fragmentów książki nie do końca sprawę załatwia, bowiem nie uzmysławia
Czytelnikowi proporcji między jednym i drugim. Dlatego tutaj dokonam
dokładniejszej analizy jednego fragmentu, pokazując zalety i wady. Fragment
niekoniecznie jest szczególnie reprezentacyjny, ale nie jest też dobrany
szczególnie złośliwie (choć przy wyborze zadbałem, by było w nim przynajmniej
jedno grubsze odstępstwo od oryginału). W zasadzie robię to w dziale mojej
recenzji poświęconym głównie wierności, ponieważ jednak w tym wypadku
analizujemy większy fragment, postaram się rozpatrzyć go także od strony
nastroju.
Prawie cały rozdział przetłumaczony jest porządnie; tłumaczenie jest ogółem
wierne myślą i ma niezłą dramaturgię.
W rozdziale zdarzają się fragmenty o dużym stopniu wierności, i tak na
przykład: "I had some new information about them" zostało przetłumaczone jako "miałem na
ich temat pewne nowe informacje"; tłumacz odwzorował tu nawet słowo "some",
tłumacząc je jako "pewne", choć w zasadzie, jak Czytelnik sam widzi, można je
było ominąć bez większych ubytków sensu (chociaż przypuszczalnie brzmienie by
wtedy trochę straciło). Podobnie "A bicycle manufacturer" zostało przetłumaczone
na "Fabrykant rowerów"; zauważcie Państwo, nawet nie "producent", jakby
odruchowo można było przetłumaczyć. Rzeczywiście, uważam, że słowo "fabrykant"
lepiej tu pasuje, jako że jest wierniejsze i bardziej literackie zarazem. Zwraca
też moją uwagę moment, gdy Minton uśmiecha się "gorzko-słodkim" uśmiechem i
uważam, że właśnie dobrze, że tłumacz nie przeprawiał tego na "słodko-gorzkim".
Ta druga wersja jest bardziej osłuchana i wydaje się, że aż się o nią prosi, ale
ponieważ - jak się dowiadujemy z treści rozdziału - jest to uśmiech człowieka
zwolnionego z pracy za przekonania żony, który był z tego powodu przesłuchiwany,
a być może także cierpiał różne bezsensowne i bezpodstawne szykany, ta gorycz w
tekście jest ważna, i dobrze, że tłumacz zachował - idąc za angielskim
"bitter-sweet smile" - gorycz na pierwszym miejscu.
Są też drobne odejścia od tekstu oryginału. Pokażę teraz trzy fragmenty z
takimi właśnie drobnymi odejściami. W pierwszym z poniższych przypadków będę
tłumacza bronił, pokazując, co mogło nim powodować:
1) W tekście oryginału dwukrotnie pojawia się fragment "the Crosbys", czyli
"państwo Crosby". Tłumacz zręcznie unika tu problemu, powodowanego przez to, że
to w polskim źle brzmi. Fragment oryginalny brzmi bowiem jak następuje:
"I got it from the Crosbys. The Crosbys didn't know Minton, but they knew his
reputation."
Tłumaczenie Lecha Jęczmyka brzmi tak:
"Uzyskałem je od Crosbych. Nie znali oni Mintona osobiście, ale wiele o nim
słyszeli.8"
Pozostaje oczywiście pytanie, czy "nie znać" kogoś to to samo, co "nie znać
osobiście", oraz czy "znać czyjąś reputację" to to samo, co "wiele o kimś
słyszeć". Przypuszczalnie jednak zmiana tekstu w tłumaczeniu ma na celu
uniknięcie źle brzmiących w polskim powtórzeń; drugie z cytowanych zdań Lecha
Jęczmyka brzmi o wiele lepiej, niż wierniejsze: "Nie znali oni Mintona, ale
znali jego reputację". Tłumacz postawił tu więc na brzmienie i chyba trzeba mu
przyznać, że odstępstwo sensu nie jest tu ani duże, ani ważne. Myślę, że nawet
jeśli mój Czytelnik jest fanem wierności, musi przyznać, że tłumacz miał tu
powody, by zrobić, jak zrobił.
2) "We went back there for a drink (...)" tłumaczone jest jako "Poszliśmy tam
z żoną". Rzeczywiście fakt, że Minton poszedł z żoną jest bezsprzeczny, a
ponieważ mógłby on uciec mało uważnemu czy zmęczonemu czytelnikowi, nie mam
pretensji do tłumacza o ten dodatek. Można by chyba jednak zaznaczyć, że
Mintonowie poszli do baru w samolocie się napić, a nie - na przykład - coś
zjeść. Zdanie: "Poszliśmy tam z żoną czegoś się napić i w progu usłyszeliśmy,
jak pan z nim rozmawiał" jest - moim skromnym zdaniem - nawet lepsze niż zdanie
z polskiego tłumaczenia: "Poszliśmy tam z żoną i w progu usłyszeliśmy, jak pan z
nim rozmawiał".
3) W tekście angielskim napisane jest, że jedynym prawdziwym dowodem ("The
only piece of real evidence") wysuniętym przeciwko Mintonowi był pewien list.
Sformułowanie "jedyny prawdziwy dowód" sugeruje, że były też inne dowody
(naciągane), jak i jakieś wstrętne pomówienia, a wszystko to, byle pogrążyć tego
człowieka. W tłumaczeniu Lecha Jęczmyka mowa jest tylko o "jedynym dowodzie".
Jak widzimy, są pewne różnice między tłumaczeniem a oryginałem, lecz nie na
tyle duże, by rozdzierać z tego powodu szaty. Na końcu rozdziału następuje
jednak nieprzyjemny zgrzyt. Pojawia się mianowicie następujący cytat (wycinam ze
środka fragment mówiący, kto to cytuje): "Americans are forever searching for
love in forms it never takes, in places it can never be. It must have something
to do with the vanished frontier" czyli: "Amerykanie wiecznie szukają miłości w
formach, jakich ona nigdy nie przyjmuje i w miejscach, w których jej nigdy być
nie może. Musi to mieć coś wspólnego z pograniczem, którego już nie ma".
Teraz podaję tłumaczenie Lecha Jęczmyka:
"Amerykanie zawsze szukają miłości nie takiej i nie tam, gdzie trzeba.
Możliwe, że jest to związane z tym, że nie mamy już Dzikiego Zachodu."
Zacznijmy od pozytywów tłumaczenia. Polski tłumacz domyślił się (sądzę, że
słusznie), że owo pogranicze to Dziki Zachód, i tę akurat ingerencję w tekst
możemy mu chyba zaliczyć na plus (zmienia, ale nie odchodzi za bardzo od sensu i
w pewnym stopniu uprzystępnia sens)9. Jednak pierwsze z tych zdań - to o miłości
- w dużym stopniu tłumacz wykrzywił.
Podsumowując, tłumacz w tym rozdziale kilka razy odszedł od oryginału, przy
czym w większości były to zmiany mało ważne, czasem były to zmiany uzasadnione,
jednak jedna zmiana była i dość ważna, i dość duża, i chyba nieuzasadniona.
Można argumentować, że zdanie Lecha Jęczmyka jest bardziej dobitne od
tłumaczenia podanego przeze mnie. Można jednak podawać przykłady tłumaczeń tego
zdania, które od tłumaczenia Lecha Jęczmyka byłyby wierniejsze i dobitniejsze
zarazem, np.: "Amerykanie wiecznie szukają miłości takiej, jakiej nie ma i tam,
gdzie jej nie ma."
Kwestia naukowców
Narrator podczas swych dwóch podróży odwiedza laboratorium naukowe oraz
wyspę, na której prawie wszyscy wyznają religię zwaną bokononizmem. Są to dwa zupełnie
odrębne światy. Oto w laboratorium panuje pogarda dla rzeczy nadnaturalnych (dr
Breed ochrzania pannę Pefko za użycie terminu "magia"), a bokononizm chętnie
posługuje się mistycyzmem (rozdział 85 i 118, oraz cały koncept rytuału
boko-maru). Doktora Breeda (w rozdziale 18) a przypuszczalnie również i dra
Hoenikkera (w rozdziale 25) cechuje umiłowanie prawdy i wiedzy. Bokononizm
natomiast opiera się na nieszkodliwych nieprawdach, co sam przyznaje.
Vonnegut kontrastuje tu więc naukę i religię (religię co prawda jedną, ale -
przynajmniej z punktu widzenia racjonalisty, dla którego chrześcijaństwo to taki
sam zbiór nieprawd, co bokononizm - w dużej mierze reprezentatywną).
A skoro ważna dla książki jest nauka - bo stanowi kontrast bokononizmu, bo
powoduje w finale zagładę znanego nam świata - to i ważni są naukowcy (ang.
"scientist"). Tłumacz jednak konsekwentnie tłumaczy słowo "scientist" jako
"uczony", a gdy zaznaczenie związku z nauką jest bardziej potrzebne, tłumacz
dokonuje najprzeróżniejszych akrobacji, by związek ten oddać bez używania wyrazu
"naukowiec".
Przykładem takiej akrobacji jest wypowiedź: "Powiedział, że wszystko, nad
czym
pracuje naukowiec, na pewno w ten czy inny sposób skończy jako broń" ("said
anything a scientist worked on was sure to wind up as a weapon, one way or
another") jest tłumaczony jako: "powiada (...), że każda praca naukowa kończy
się wynalezieniem nowej broni". Ale tutaj sens został akurat oddany, pokażmy
fragment, gdzie jest z tym gorzej.
Oto jeden z bohaterów jest bliski śmierci i lekarz, dr von Koenigswald,
zgłasza gotowość do przeprowadzenia przedśmiertnego rytuału bokononistycznego.
Ktoś zadaje pytanie, czy jako naukowiec (ang. "a scientist") nie ma obiekcji co
do przeprowadzania rytuału, w który nie wierzy (bo von Koenigswald nie wyznaje
bokononizmu). Von Koenigswald odpowiada (rozdział 98):
"I am a very bad scientist. I will do anything to make a human being feel
better, even if it's unscientific. No scientist worthy of the name could say
such a thing."
Czyli:
"Jestem bardzo złym naukowcem. Zrobię wszystko, by człowiek poczuł się lepiej,
nawet jeśli to coś byłoby nienaukowe. Żaden naukowiec godny tego miana by czegoś
takiego nie powiedział."
Jest to zdanie ważne, bo podsumowujące to, co Vonnegut pisze o nauce i to, co
pisze o religii; dla nauki ważna jest prawda, choćby szkodliwa - sugeruje w
powieści Vonnegut portretem doktora Breeda - religia zaś daje kłamstwa, które
czynią życie lepszym (sugeruje Vonnegut opisem bokononizmu). Kontrast nauki i
religii jest rozłożony po prawie całej książce - tu jest podsumowany jednym
zdaniem. W polskim wydaniu owo wyżej wymienione podsumowujące i kluczowe zdanie
tłumaczone jest tak (str. DC 169, Z: 180, rozdział 98):
"Jestem bardzo złym uczonym. Zrobię wszystko, żeby ulżyć człowiekowi, nawet
jeśli będzie to nienaukowe. Żaden prawdziwy uczony godny tej nazwy nie
przyznałby się do czegoś takiego."
Tak więc, jeśli rozumieć słowo "uczony" jako "człowiek, który dużo wie",
"człowiek, który się dużo nauczył", ważne dla książki zdanie o kontraście między
religią a nauką przesunęło się w kierunku zdania o kontraście między religią a
wiedzą, czy też między religią a rozumem. Dla mnie jest to dopisywanie
Vonnegutowi sugestii, czy nawet twierdzenia, że rozum i religia stoją wobec
siebie w sprzeczności, że człowiek rozumny i wykształcony (człowiek uczony,
inaczej mówiąc) nie powinien być człowiekiem wierzącym, i że człowiek wierzący
nie powinien być człowiekiem mądrym i wykształconym.
Ja natomiast uważam, że o ile nauka rzeczywiście toczyła długie boje z
religią, to wiedza i religia mogą całkiem skutecznie współpracować ze sobą w polepszaniu
naszego losu.
Rozdział 99 (Str. DC: 170-172, Z: 181-183)
Zacznijmy od tego, że według bokononizmu Bóg stworzył ludzi z błota. Dlaczego
z błota? Bokonon przypuszczalnie wzorował się na Biblii. Oto fragment jednego z
biblijnych opisów stworzenia człowieka (podaję dwa tłumaczenia):
Biblia Warszawska: "W dniu, kiedy Pan Bóg uczynił ziemię i
niebo,
A jeszcze nie było żadnego krzewu polnego na ziemi ani nie wyrosło żadne ziele
polne, bo Pan Bóg nie spuścił deszczu na ziemię i nie było człowieka, który by
uprawiał rolę,
A tylko mgła wydobywała się z ziemi i zwilżała całą powierzchnię gleby,
Ukształtował Pan Bóg człowieka z prochu ziemi i tchnął w nozdrza jego dech
życia. Wtedy stał się człowiek istotą żywą."
Biblia Poznańska: "Gdy Jahwe-Bóg stworzył ziemię i niebo,
nie było jeszcze
żadnego krzewu polnego na ziemi ani nie wzeszło jeszcze żadne ziele na polu,
Jahwe-Bóg nie spuścił bowiem deszczu na ziemię; nie było też człowieka, aby
uprawiał rolę. Lecz spod ziemi wypływał zdrój, który zwilżał całą powierzchnię
roli. I ukształtował Jahwe-Bóg człowieka, proch z roli, i tchnął w jego nozdrza
oddech życia, i tak stał się człowiek istotą żywą."
Powyższy fragment mówi, że człowiek powstał z nawilżonej gleby - stąd błoto
lub glina. Myślę, że powyższe wyjaśnienie jest konieczne, by lepiej zrozumieć
rozdział 99, który przytaczam poniżej w moim tłumaczeniu. Jest to przedśmiertny
rytuał bokononistyczny: prowadzący rytuał (w tym wypadku dr von Koeningswald)
mówi tekst jako pierwszy, a osoba spodziewająca się śmierci powtarza za nim.
99 Bóg zoczył błoto
- Gott stwozyl bloto - dr von Koeningswald rozpoczął zaśpiewem.
- Bóg zoczył błoto - powtórzył "Papa" Monzano.
- Bóg stworzył błoto - mówili w ten sposób, każdy w swoim dialekcie. Od tego miejsca nie będę przekazywał dialektów litanii.
- Bóg poczuł się samotny - powiedział von Koenigswald.
- Bóg poczuł się samotny.
- Więc Bóg powiedział do części tego błota: "Wstań!"
- Więc Bóg powiedział do części tego błota: "Wstań!"
- Zobacz wszystko, co stworzyłem, rzekł Bóg: wzgórza, morze, niebo, gwiazdy.
- Zobacz wszystko, co stworzyłem, rzekł Bóg: wzgórza, morze, niebo, gwiazdy.
- I ja byłem częścią tego błota, które usiadło i rozejrzało się.
- I ja byłem częścią tego błota, które usiadło i rozejrzało się.
- Szczęściarz ze mnie, szczęściarz z tego błota.
- Szczęściarz ze mnie, szczęściarz z tego błota. - łzy spływały po policzkach "Papy".
- Ja, błoto, usiadłem i ujrzałem, jaką pracę wykonał Bóg.
- Ja, błoto, usiadłem i ujrzałem, jaką pracę wykonał Bóg.
- Nieźle Ci poszło, Boże!
- Nieźle Ci poszło, Boże! - "Papa" rzekł to z całego serca.
- Nikt oprócz Ciebie nie potrafiłby tego zrobić, Boże! Ja na pewno nie potrafiłbym.
- Nikt oprócz Ciebie nie potrafiłby tego zrobić, Boże! Ja na pewno nie potrafiłbym.
- Czuję się bardzo nieważny w porównaniu z Tobą.
- Czuję się bardzo nieważny w porównaniu z Tobą.
- Jedyny sposób, bym mógł poczuć się choć trochę bardziej ważnym, to pomyśleć o tym całym błocie, które nawet nie usiadło i nie rozejrzało się.
- Jedyny sposób, bym mógł poczuć się choć trochę bardziej ważnym, to pomyśleć o tym całym błocie, które nawet nie usiadło i nie rozejrzało się.
- Dostałem tak dużo, a większość błota dostała tak mało.
- Dostałem tak dużo, a większość błota dostała tak mało.
- Dziękuje za ten zas... cyt ! - wykrzyknął von Koenigswald.
- Dien... kuje za ten zaś... ćit. - wysapał "Papa".
Mówili w ten sposób: "Dziękuję za ten zaszczyt!"
- Teraz błoto kładzie się na powrót i idzie spać.
- Teraz błoto kładzie się na powrót i idzie spać.
- Co za wspomnienia, jak na błoto!
- Co za wspomnienia, jak na błoto!
- Jakie inne ciekawe rodzaje siadającego błota spotkałem!
- Jakie inne ciekawe rodzaje siadającego błota spotkałem!
- Uwielbiałem wszystko, co zobaczyłem!
- Uwielbiałem wszystko, co zobaczyłem!
- Dobranoc.
- Dobranoc.
- Teraz pójdę do nieba.
- Teraz pójdę do nieba.
- Prawie nie mogę się doczekać...
- Prawie nie mogę się doczekać...
- żeby dowiedzieć się na pewno, co było moim wampeterem...
- żeby dowiedzieć się na pewno, co było moim wampeterem...
- i kto był w moim karassie...
- i kto był w moim karassie...
- i jakie były wszystkie dobre rzeczy, które nasz karass zrobił dla ciebie.
- i jakie były wszystkie dobre rzeczy, które nasz karass zrobił dla ciebie.
- Amen.
- Amen.
Tłumaczył
Michał Zimnicki
Co zrobił przy tłumaczeniu tej sceny Lech Jęczmyk? Ano słowo "mud",
oznaczające dokładnie "błoto", przetłumaczył jako "glina", w ten sposób
zarzynając sens tej sceny... Sami sobie Państwo odpowiedzcie, jakie emocje
wywołuje w Was wyraz "błoto", a jakie wyraz "glina"?
Koniec rozdziału 123 (Str. DC: 213, Z: 226)
W wersji polskiej "Kociej kołyski" cytowany jest fragment wiersza Roberta
Burnsa
"Do myszy. Po zniszczeniu pługiem jej nowej norki w listopadzie 1785 roku", co
tłumacz lub redaktor dodatkowo sygnalizuje w przypisie (notabene w wydaniach da
Capo i Zyska znajduje się literówka w nazwisku "Burns", którego to błędu nie ma
we wcześniejszym wydaniu Państwowego Instytutu Wydawniczego, czyli nie jest to
błąd Lecha Jęczmyka). Problem polega na tym, że wymieniony wiersz Burnsa nie
jest tekstem cytowanym w oryginale powieści.
Zdanie napisane przez Vonneguta znaczy mniej więcej tyle, co
"Ze wszystkich słów myszy i ludzi
najsmutniejszymi są: a mogło się udać",
a zdanie Burnsa (którego polski przekład zamieścił tłumacz) znaczy:
"Najlepiej ułożone plany myszy i ludzi
często się nie udają
i nie zostawiają niczego oprócz żalu i bólu
w zamian za obiecaną radość."
Owszem, zgodzę się, że zdanie "Kociej kołyski" przypuszczalnie nawiązywało do
zdania Roberta Burnsa, czy też było nim inspirowane (a tłumacz to zauważył), ale
to nie jest to samo zdanie (być może Vonnegut nie chciał dosłownie przepisać
tekstu Burnsa z tego powodu, że wiersz o myszy napisany jest w mało dla Anglika
zrozumiałym dialekcie szkockim).
Odrębnym zagadnieniem jest, czy przekład fragmentu wiersza Burnsa
zamieszczony w polskiej "Kociej kołysce" jest przekładem wiernym, ale jest to
kwestia o tyle nieistotna, że i tak w oryginalnej, angielskiej wersji powieści
przytaczany fragment jest co najwyżej parafrazą Burnsa (niewykluczone, że
Vonnegut dlatego nie zacytował Burnsa dosłownie, że chciał być zrozumiany, Burns
natomiast pisał w mało zrozumiałym dialekcie szkockim).
Na uwagę zasługuje fakt, iż wierszem Burnsa inspirował się zapewne laureat
nagrody Nobla, John Steinbeck, w swej znakomitej powieści "Myszy i ludzie"
(właściwie "Myszy i ludzi", tj. dokładnie tak, jak u Burnsa), i przy głębszej
analizie tej powieści należałoby do wiersza "Do myszy (...)" sięgnąć (angielski
tekst wiersza łatwo jest znaleźć na Internecie, nierzadko z objaśnieniem mało
zrozumiałych zwrotów).
Wiersze i piosenki
Wiersze i piosenki są, jak na tekst rymowany, tłumaczone dość wiernie. O
jednej pisałem już szerzej, chciałbym jeszcze poruszyć temat dwóch innych.
Kiedy na własny użytek i w celach treningowych tłumaczyłem fragmenty
rzeczonej powieści z Pawłem Sowiźrałem, miałem problem ze słowem "cray-dull",
pojawiającym się w piosence w rozdziale 5. Słowa tego nie było w żadnym
słowniku, zaś wyszukiwanie na Internecie dawało tylko znany mi już cytat ze
znanej mi już piosenki Vonneguta. Napisałem więc do Joanny Iwanickiej,
studiującej w Stanach Zjednoczonych fanki Vonneguta (prowadzi ona serwis
www.vonnegut.art.pl). Ta wyjaśniła mi, że jest to po prostu słowo "cradle",
znane mi już z tytułu, tylko zapisane nieprawidłowo, przypuszczalnie w tym celu,
żeby zasygnalizować inną wymowę. Piszę o tym, bo tak też przetłumaczył polski
tłumacz; domyślił się widać tego, do wyjaśnienia czego ja potrzebowałem fanów
zza oceanu.
Chciałem jeszcze poruszyć temat piosenki kończącej rozdział 119.
Cytuję polskie tłumaczenie:
"Aż kiedyś ten szalony świat dobiegnie kresu i na koniec
Bóg poodbiera nam zabawki, które nam były pożyczone,
I jeśli wtedy, w owym dniu, urągać Bogu zechcesz,
Bluźnij, przeklinaj, rób, co chcesz - On tylko się uśmiechnie."
Początek jest świetny, ale brakuje tego, że w oryginale Bóg zgodzi się z
ludzką krytyką:
"And if, on that sad day, you want to scold our God,
Why go right ahead and scold Him. He'll just smile and nod."
W dużej mierze korzystając z pomysłów mojego poprzednika, proponowałbym
następujące zakończenie:
"I jeśli wtedy, w owym dniu, zwyzywać Boga zechcesz,
Czemu nie, zrób to. On tylko przytaknie i się uśmiechnie."
Mimo tej niedoróbki jasne jest dla mnie, że ktoś nad tłumaczeniem tej
piosenki solidnie się napracował, ewentualnie miał dużą praktykę.
« powrót dalej »
|