Omówienie dostępnego w księgarniach tłumaczenia książki "Kocia kołyska"
Michał Zimnicki
Tekst ten jest krytyczną oceną tłumaczenia powieści Kurta Vonneguta "Cat's
Cradle" (polski tytuł, nie do końca trafny, brzmi: "Kocia kołyska"), które
zostało dokonane przez Lecha Jęczmyka, a stosunkowo niedawno wydane przez
wydawnictwo DaCapo, a potem, z niewielkimi zmianami, przez wydawnictwo Zysk i
S-ka. Swoją drogą ciekawi mnie, czy to samo pod wieloma względami średnio udane
tłumaczenie sprezentuje nam Gazeta Wyborcza w ramach swojej Kolekcji.
Nawiasem mówiąc żałuję, że GW wydała "Lolitę" w tłumaczeniu Michała
Kłobukowskiego zamiast wznowić przekład Roberta Stillera. Nie znaczy to, że
krytykuję pracę czy osobę Michała Kłobukowskiego (niewątpliwie obaj tłumacze
natrudzili się srodze przy tej trudnej do tłumaczenia książce), jednak uważam,
że wersja Stillera, dziś już tak rzadka, że wręcz wykradana z bibliotek (tzn.
pożyczają i nie oddają) zdecydowanie zasługuje na wznowienie. Przekład Roberta
Stillera zasługuje zresztą na wznowienie nie tylko dlatego, że jest trudno
dostępny, ale też dlatego, że jest niewątpliwie bardziej nastrojowy i często
wierniejszy.
Niniejsza recenzja tłumaczenia "Kociej kołyski" dla wielu będzie
kontrowersyjna,
Lech Jęczmyk uważany jest bowiem za tłumacza bardzo dobrego, a szczególnie
poważany jest właśnie za swoje tłumaczenia twórczości Kurta Vonneguta. Cóż,
niewykluczone, że jest to opinia prawdziwa, i że reszta jego przekładów jest
wysokiej klasy. Jego tłumaczenie "Kociej kołyski" wysokiej klasy nie jest, może
dlatego, że było jednym z pierwszych jego przekładów.
Czytelnik mój, który nie doczyta do końca niniejszego opracowania, odnieść
może
wrażenie, że skoro tak mocno krytykuję początek tłumaczenia, to całe tłumaczenie
jest takie. Dlatego muszę z całą mocą podkreślić, że tłumaczenie jest słabe
gdzieś do strony 30, a potem jakość tłumaczenia się diametralnie poprawia.
Ponieważ zaś uważam, że moim zadaniem jest pokazanie słabości tłumaczenia,
skupiam się przede wszystkim na fragmentach słabych, czyli na początku. Czułbym
się jednak odpowiedzialny, gdyby ktoś po przeczytaniu moich przytyków do tych
trzydziestu stron przekładu pomyślał, że dalej ten przekład jest tak samo zły.
Przeciwnie, dalej jest dużo lepszy. Nie znaczy to, oczywiście, że po 30-tej
stronie nie ma już w ogóle błędów.
Aha, będę podawał numery stron dla wydań Da Capo i Zyska; numery w wydaniu Da
Capo, tym z zakonnicą ssącą palec u nogi na okładce (to jest chyba jedyne jak
dotąd wydanie da Capo) poprzedzać będę literami DC, a w wydaniu Zyska literą Z.
W starszych wydaniach dany fragment może być na zupełnie innej stronie, więc
ażeby i posiadaczom innych wydań (czy to wydań starszych, czy to wydania Gazety
Wyborczej, czy to posiadaczom oryginału) umożliwić śledzenie mojego wywodu z
powieścią w ręce, będę także podawał numery rozdziałów. Tam, gdzie cytuję jakieś
fragmenty polskiego tłumaczenia będę się też starał odnotowywać różnice między
poszczególnymi wydaniami, pomimo, że w większości przypadków różnice te są
niewiele znaczące.
Omówienie podzielimy na trzy części:
- Wierność tłumaczenia
- Piękno tłumaczenia i tzw. klimat
- Ocenzurowane fragmenty
dalej »
|