Kurt Vonnegut - życie, twórczość i ...



Kim jest mądry ów człowiek
Jak o Kurcie Vonnegucie w Polsce pisano
  Jak Asia z Krzysiem przekładali to, co o Kurcie Vonnegucie w Świecie pisano
  Co nie zmieściło się wyżej, a przeczytania warte
  Krynice mądrości, z których Asia z Krzysiem materiały do tej strony czerpali a i inne miejsca zobaczenia warte
  Kim są Ci mądrzy ludzie...;-)
  Miejsce na peany pochwalne...
Ostatnie słowa w tym stuleciu.
Kurt Vonnegut


(Last Words for a Century)

Po Drugiej Wojnie Światowej postanowiłem zostać antropologiem - zdobyłem nawet tytuł magistra na Uniwersytecie w Chicago. To był duży błąd. Nie mogłem znieźć prymitywnych ludzi. Byli tacy głupi! Ale wciąż mam moje ulubione plemię Indian amerykańskich, Kur-vajeste-szmy, które istnieje naprawdę tylko w dowcipie, który opowiedział mi mój brat Bernie.
Oto on: Pod koniec XIX wieku było sobie plemię Indian, no nie, które zaczęło wędrować. Zostali wygnani ze swojej ziemi przez pionierów, pakty pokojowe i Kawalerię Stanów Zjednoczonych.
Rozumiesz?
No więc wysyłają agenta Biura do spraw Indian, żeby ich wypytał w jakimś ich tymczasowym obozie, żeby się dowiedział kim są albo raczej kim byli. No więc pyta o nazwę. A oni mu mówią "Gdzie my Kur-vajeste-szmy". Agent chce wiedzieć, czy ta nazwa oznacza coś specjalnego. A ci Indianie mówią, że właściwie jest od niedawna, a wzięła się z tego, co ich wódz, który właśnie zmarł, zawodził rozpaczliwie każdego wieczora ich bezcelowej wędrówki: "Gdzie my Kur-vajeste-szmy?"

Starożytni Rzymianie nie mówili "Gdzie my Kur-vajeste-szmy", ale z powodzeniem mogliby to robić. Oni mawiali "Quo Vadis?"

Tak, a gdzie Kur-vajeste-szmy, który Chrześcijanie przypięli jako drogomierz do koła historii, wyskoczy pokazując 2000? To zależy od tego, kim jesteś. Na myśl przychodzą plansze wieszane koło hotelowych wind - te z planem piętra i strzałką z napisem JESTEŚ TUTAJ.
Opisz siebie: wzrost, waga, kolor włosów, oczu, wiek, rasa i narodowość, adres zamieszkania, stan cywilny, liczba i wiek dzieci, marka i rok produkcji samochodu, rozpoznane problemy zdrowotne, aktualny zawód i kogo zawiadomić w razie wypadku.
Poza czekaniem na windę w takim-to-a-takim roku, Gdzie ty Kur-vajeste-sz?

W narodach używających kalendarza Chrześcijańskiego, do których należy i nasz, prawie wszyscy, tak dla zabawy, staniemy się numerologami z początkiem nowego tysiąclecia. Numerologia to taki zabawny towarzyski przesąd, jak astrologia - niezłośliwy dla wszystkich oprócz schizofreników paranoidalnych. Udaje, że nieuniknione, przewidywalne, mechaniczne zachowanie liczebników arabskich zamkniętych w systemie dziesiętnym może, od czasu do czasu, przesyłać nam jakieś tajemne wiadomości, których nie powinniśmy ignorować. Jeśli rok o numerze 2000 nie jest obławą z góry, to co nią jest?
Zawsze jakiś pretekst do imprezy.
A że drogomierz trochę nawala, że Jezus urodził się w 5 czy 6 przed Chrystusem nie powinno psuć zabawy. Jezus urodził się kilka lat przez sobą? Wpiszcie to na listę cudów, i z powrotem w tango.

Mój niedawno zmarły brat Bernie, ten który opowiedział mi o Kur-vajeste-szmy, mawiał, że nieustający, szaleńczy handel w okresie przedświątecznym sprawia, że czuje się jakby dostawał po mordzie od bandy klaunów. Cały rok 2000 sprawi, że i wielu z nas się tak poczuje, albo moje przewidywania są nic nie warte. Tylko z powodu tego, co mówi kalendarz, a nie czegokolwiek co powiedział Jezus, Bóg to wie, zostaniemy zmuszeni do kupienia mnóstwa tandety dla siebie, wspólników i ukochanych: milenijne zegarki i samochody, staniki i bokserki, papier toaletowy i Coca-Cola.

Czemu by nie wpisać na listę zakupów milenijnej komórki dla naszego wroga? Zachęci to obdarowanego do zrobienia z siebie kompletnego durnia, gdy stojąc w tłumie, nie zwracając się do nikogo obok będzie chichotać, gruchać i prychać, cieszyć się, wściekać i przesadnie gestykulować, może nawet wykonywać jakiś taniec, rozmawiając z czymś wielkości kostki mydła.

Pisarz science fiction Kilgore Trout, który nie żyje podobnie jak mój brat, Panie świeć nad ich duszami, napisał opowiadanie o przybyszach w latającym spodku, którzy odwiedzili ziemię. Dwie rzeczy w Stanach Zjednoczonych wprawiły ich w prawdziwe zdziwienie.
- Jak to jest - dopytywali - z seksem oralnym i golfem?
Trout napisał to opowiadanie na długo przed amerykańskimi dziennikarzami telewizyjnymi, którzy przez większą część roku i dla pozyskania jak najwyższej oglądalności dla reklamodawców, którzy zrobili z nich multimilionerów, uczynili z tego główną kwestię spraw wewnętrznych państwa: czy prezydent najpotężniejszego narodu świata uprawiał seks oralny w Gabinecie Owalnym.

Właściwy przełom tysiącleci przyszedł i poszedł, niezauważony jak kichnięcie.
Na zdrowie!

Opowiadanie Trouta, opublikowane w nieistniejącym już magazynie "Czarna Podwiązka" było przewidujące w jeszcze jeden dziwny sposób. Jego ufoludki przewidziały to co się właśnie dzieje: to że lanie wiader antybiotyków na każde swędzenie albo i coś gorszego spowoduje, że zarazki rozwiną się w mnóstwo nieuleczalnych chorób.
Jedna idealnie zakaźna choroba, choć na razie tylko jedna, AIDS, została zidentyfikowana już wtedy, w samą porę do tego numeru "Czarnej Podwiązki". A oto co mały zielony antropolog o owadzich oczach miał do powiedzenia na temat AIDS: "Po ataku na Nanking, Holokauście i niepotrzebnej bombie atomowej w Nagasaki, nie wspominając o zatruwaniu przez ludzkość powietrza, wód i gleby, system odpornościowy waszej planety chce się was pozbyć."

Racja, a na dodatek niedługo na planecie skończy się benzyna, nasze pra-prawnuki dostaną więc od nas w spadku ogromne złomowisko.
Ale posłuchajcie tego:
W 1932 naszej ery, gdy miałem zaledwie 10 lat, Tato, Bernie, moja siostra Allie i ja jechaliśmy gdzieś w Indianie naszym starym czterodrzwiowym Studebakerem sedan. Tata za kółkiem. Nie wiem gdzie była Mama. Nie wiem gdzie jest teraz.
Trwał Wielki Kryzys. Tato, architekt, właśnie zwolnił sekretarkę i kreślarzy i zamknął biuro w centrum Indianapolis. Nie było pracy. Giełda splajtowała i poupadały banki, a ludzie stracili oszczędności.
Toczyliśmy się dokądś. Nie pamiętam dokąd. I wtedy, niespodziewanie, bez wyraźnego powodu, Tato skręcił na pobocze i zatrzymał się w szczerym polu. Gdzie my Kur-vajeste-szmy?

I wtedy Tato kazał nam trojgu spojrzeć na drogomierz samochodu. Pokazywał 99,999.9. Byliśmy jedna dziesiątą mili od 100,000!
Chwila zapierająca dech!
Chcecie usłyszeć o prawdziwej przygodzie? To było tak jakbyśmy niespodziewanie dojechali na skraj Wielkiego Kanionu! Mój Boże!
Hurra! Ojej!

Tato znowu ruszył. Gdy Studebaker przejechał jedną dziesiątą mili, drogomierz spłukał ścieki wszystkich tych toksycznych dziewiątek w głąb kibla historii.
Katharsis!
Na ich miejscu stała niewinna, nic nie znacząca mała jedynka, a za nią wszystkie te zera. Tak nieskalane życiem, tak nowe, całkiem nowiusieńkie.
A jak Tato się ucieszył! Śmiał się i śmiał. Jego problemy odeszły z dziewiątkami. Drogomierz sprawił, że czuł się znowu jak w czepku urodzony dzieciak - w świecie który stał przed nim otworem.
Tabula rasa.

I ja się tak poczuję, jeśli jeszcze tu będę, i cała reszta wojowników i squaw z plemienia Kur-vajeste-szmy, gdy Chrześcijański drogomierz pokaże 1999 naszej ery. A nasz kalendarz powie, że jest 31 grudnia. A nasz zegarek elektroniczny wskaże 23:59.
O cholera! Nie mogę oddychać!

A wtedy parszywa przeszłość spłynie w dół kibla historii.
Stanie się rok 2000, a wszyscy Kur-vajeste-szmy na całym świecie, niezależnie od wieku, nawet jeśli ich dorosłe życie było do bani, zrobią to, co zrobił Tato dawno temu, w czasie Kryzysu: Będą się śmiać jak oszalali i znów czuć się jak w czepku urodzone dzieciaki.
A świat będzie stał przed nimi otworem.


Tłumaczył: Jarek Sawiuk


Skrzynka Asi Skrzynka Krzysia

Wszelkie pochwały, peany i zachwyty, a także propozycje współpracy prosimy zamieszczać w Księdze Gości lub przesyłać bezpośrednio do Aśki lub Krzyśka.

Strona Główna   Powrót